Bangkok-Krabi - 11.01.2007

Następny dzień był ostatnim dniem naszego pobytu w Bangkoku. Niestety nie udało nam się zrealizować programu zwiedzania, który sobie wcześniej wymyśliliśmy, z powodu choroby Prosiaczka. Na szczęście leki, które otrzymaliśmy w klinice, okazały się skuteczne, bo rano chłopak nie miał podwyższonej temperatury i sprawiał wrażenie całkowicie zdrowego.

Przed wyjazdem na południe, do Krabi postanowiliśmy zaopatrzyć się w mleczko i pieluszki. Pieluszki nam się kończyły, mleczka już nie mieliśmy wcale, a nie byliśmy pewni, jak wygląda zaopatrzenie w artykuły dla dzieci w mniejszych miejscowościach.

Obsługa hotelu zadzwoniła po taksówkę i doradziła nam, gdzie powinniśmy jechać. Sklep, do którego trafiliśmy po krótkiej podróży, znajdował się obok komisariatu policji u wschodniego wlotu na ulicę Khao San. Był rzeczywiście nieźle zaopatrzony, więc kupiliśmy bez problemu i pieluszki, i wybrane losowo mleczko, które zgodnie z napisami na opakowaniu nadawało się dla naszego chłopaka. Nie znaleźliśmy obiadków w słoiczku. Były tylko jakieś deserki, ale kupowanie deserków w kraju, gdzie świeże pyszne owoce są tanie i łatwo dostępne, trochę mija się z celem.

Tajskie łakocie zawinięte w liście bananowca
Tajskie łakocie zawinięte w liście bananowca

Spacerkiem wróciliśmy do naszego hotelu, szybko dokończyliśmy pakowanie bagaży i poprosiliśmy obsługę hotelu o wezwanie taksówki na lotnisko.

Podróż nie dłużyła nam się, bo trafiliśmy na wyjątkowo rozmownego taksówkarza. Opowiadał o swojej córce studiującej w USA i siostrze, która mieszka we Włoszech i kieruje pracą 20 robotników z Polski. Pokazywał zdjęcia. Ponieważ w drodze na lotnisko mija się dzielnice muzułmańskie, pozwolił sobie również na otwarte ataki na muzułmanów, których oskarżał o terrorystyczne ciągoty. Wypowiedzi te wpisują się w szerszy kontekst konfliktu o podłożu etniczno-religijnym, który tli się na południu Tajlandii.

Zasadniczo Tajlandia jest krajem buddyjskim, gdyż jest to wyznanie większości mieszkańców, a opiekę nad kultem buddyjskim sprawuje sam król. Jednak znaczna część mieszkających na południu Tajlandii ludzi to muzułmanie, wielu nie uważa się za Tajów i używa własnego języka. Od czasu do czasu wybuchają tam zamieszki na tle religijnym, dochodzi też do aktów terroryzmu z podkładaniem bomb włącznie.

Dla turystów ten terroryzm jest niezbyt groźny, mimo że po każdym przypadku zamachu lub po wybuchu zamieszek ministerstwa spraw zagranicznych zachodnich państw ostrzegają swoich obywateli przed wizytami na pewnych obszarach Tajlandii. Obie strony konfliktu wiedzą jednak bardzo dobrze, że turystyka jest ważnym źródłem przychodów dla ich kraju, regionu czy miasta. Dlatego też turyści nie padają ofiarami terrorystów..

My mieliśmy przez pewien czas przebywać na muzułmańskim południu, ale konflikt akurat w tym czasie nie był zbyt nasilony, a poza tym uznaliśmy, że prawdopodobieństwo zostania ofiarą terrorystów jest, biorąc pod uwagę częstotliwość zamachów i ich charakter, pomijalnie małe.

Taksówkarz dowiózł nas na lotnisko. Do odlotu mieliśmy tym razem całkiem sporo czasu, więc postanowiliśmy nadać bagaż, a potem łaziliśmy znudzeni po gmachu terminala.

W końcu przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa i podążyliśmy do naszej bramki. Po drodze rozwalił się nam zamek w naszym starym plecaczku podręcznym, który przeżył z nami już wiele wypraw i wycieczek. W ten sposób zakończył on swój żywot. Ceny toreb i plecaków w Tajlandii są tak niskie, że jest to doskonałe miejsce do wymiany ekwipunku turystycznego, jeśli ktoś ma taką potrzebę.

Start był opóźniony prawie o 40 minut, więc sporo musieliśmy się naczekać. Lot był szybki i przyjemny. W samolocie było trochę więcej ludzi niż podczas lotu z Kuala Lumpur, lecz mimo to wiele miejsc pozostawało pustych. Zestaw posiłków oferowanych na tej trasie był dużo mniejszy – pewnie dlatego, że lecieliśmy lotem krajowym. Ograniczał się generalnie do słodkich i słonych przekąsek oraz zupy w proszku. Wybraliśmy tą ostatnią możliwość, jako że byliśmy już trochę głodni (80 bahtów).

Lotnisko w Krabi okazało się bardzo małe. Po płycie lotniska przeszliśmy do budynku terminala, odebraliśmy z taśmy bagaże i ruszyliśmy do wyjścia. Stało tam już mnóstwo taksówkarzy. W jednym z okienek odbywała się sprzedaż kuponów na taksówki, a nad okienkiem wisiał wielki cennik zawierający nazwy miejscowości w pobliżu Krabi. Była tam też wyspa Koh Lanta, na którą się wybieraliśmy, ponieważ na Koh Lanta można dotrzeć samochodem, korzystając z promu samochodowego. Mieliśmy jednak inne plany. Chcieliśmy obejrzeć miasto Krabi, a następnego dnia rano ruszyć w dalszą drogę promem osobowym. Uprzedzeni, że brak taksometrów w Krabi powoduje, że ceny taksówek są dość wysokie, zignorowaliśmy nagabywania i wyszliśmy na zewnątrz. Gdzieś przeczytałem, że z lotniska odjeżdżają również mikrobusy Thai Airways. Po mikrobusach nie było jednak śladu. Na parkingu przed lotniskiem stały tylko taksówki i prywatne auta. Jakaś dziewczyna, wspomagając lokalnych taksówkarzy, chodziła między podróżnymi, którzy – tak jak my – wyszli z terminala i rozglądali się po placu, informując, że z lotniska można wydostać się taksówkami, na które bilety kupuje się w holu terminala. W końcu doszedłem do wniosku, że chyba trzeba posłuchać jej rady. Za bilet do naszego hotelu zapłaciłem 350 bahtów. Przejazd był dość długi, ale z pewnością odległość dzieląca lotnisko od miasta Krabi była znacznie mniejsza niż odległość, którą pokonywaliśmy podróżując między lotniskiem w Bangkoku a naszym hotelem, a tam płaciliśmy mniej więcej tyle samo.

Nasz hotel (Green Hotel) mieścił się raczej na obrzeżu centrum Krabi, ale ponieważ miasto nie jest wielkie, do głównej ulicy było ledwie kilka kroków. Obsługiwał nas na recepcji bardzo sympatyczny transwestyta. Gdyby się nie odzywał, zapewne trudno byłoby odgadnąć jego płeć.

Podczas gdy recepcjonista spisywał informacje z naszych paszportów, zapytałem go o możliwość przejazdu na Koh Lanta. Zostałem skierowany do siedzącego w holu młodego człowieka z wąsikiem. Okazało się, że prowadził on powiązaną z hotelem agencję turystyczną. Zaproponował przejazd na Koh Lanta łodzią z przystani lub przejazd samochodem. Zdecydowaliśmy się na pierwszą możliwość, która wydała nam się nieco bardziej ciekawa i mniej męcząca. Następnego dnia o 10 miał nas odebrać z hotelu samochód i zawieźć na przystań. Przejazd na Koh Lanta razem z przejazdem na przystań kosztował nas 875 bahtów za nasze trzy osoby (po 350 bahtów za osoby dorosłe i 175 bahtów za dziecko). Pan w biurze podróży pomylił się przy wydawaniu reszty na swoją niekorzyść. Gdy zwróciłem mu uwagę na jego pomyłkę, ceremonialnie mi się ukłonił.

Dawni Tajowie stosowali w życiu codziennym różne rodzaje ukłonów w zależności od sytuacji i podobno do dzisiaj niekiedy ich używają. W przewodnikach jednak nie poleca się ich stosowania. Wynika to z tego, że należy użyć określonego sposobu kłaniania się w określonych okolicznościach. Błąd może w najlepszym przypadku skompromitować turystę.

Zostawiliśmy w przyjemnym, nowoczesnym pokoju nasze bagaże i ruszyliśmy przejść się po mieście. Krabi to stosunkowo niewielkie miasteczko, ale fakt, że w pobliżu jest sporo atrakcji turystycznych sprawia, że na ulicach kręci się wielu turystów, jest też tu mnóstwo sklepów. Sklepy te są zaopatrzone nie gorzej niż ten, w którym robiliśmy zakupy przed wyjazdem z Bangkoku, więc kupowanie artykułów dla dzieci w stolicy i wożenie ich po kraju nie ma większego sensu.

W jednym ze sklepów kupiliśmy plecaczek (365 bahtów). W małej restauracyjce zjedliśmy miejscowe jedzenie (zapłaciliśmy 80 czy 90 bahtów). W końcu wylądowaliśmy na targu nocnym. Był to chyba najładniejszy targ nocny, jaki widzieliśmy podczas naszego pobytu. Stoisk z owocami i żywnością było całe mnóstwo. Mogliśmy dowoli podziwiać najróżniejsze egzotyczne owoce i warzywa, których nazw nawet nie znaliśmy (a nie jesteśmy wcale zupełnymi laikami, jeśli chodzi o kuchnię azjatycką). Kupiliśmy też kukurydzę gotowaną jako przekąskę i trochę salaków do zjedzenia w hotelu i podczas dalszej podróży.

W drodze do hotelu udaliśmy się do apteki. Wśród leków, które dostaliśmy w klinice, nie było preparatu z pałeczkami kwasu mlekowego. Wiedzieliśmy jednak przecież, że w przypadku antybiotykoterapii (a jeden z leków był antybiotykiem) należy chronić florę bakteryjną jelit. Prócz metod naturalnych (czyli jedzenia jogurtów z żywymi szczepami bakterii kwasu mlekowego) najczęściej stosowaną w Europie metodą jest podawanie specjalnych preparatów z pałeczkami kwasu mlekowego (takich jak Lacidofil czy Trilac). Trudno nam było jednak wyłożyć tę myśl aptekarzom. Długo sprawdzali w swoich książkach, ale okazało się, że jedyne preparaty z pałeczkami kwasu mlekowego, które są sprzedawane w Tajlandii, to preparaty do użytku zewnętrznego dla kobiet. Pozostały nam zatem jogurty, które zresztą bez kłopotu można kupić w prawie każdym sklepie spożywczym.

Jeśli chodzi o mleczko, które kupiliśmy w Bangkoku, to Prosiak sprawił nam niespodziankę. Nie chciał go pić. Myśleliśmy, że to jednorazowy wyskok, lecz okazało się, że również w następnych dniach z jedzenia mleka były nici. Coś musiało mu nie odpowiadać w jego smaku. Nie spodziewaliśmy się tego, bo podczas podróży po Chinach chłopak zjadał bez problemu pierwsze z brzegu mleczko, jakie udało nam się kupić w markecie. Potem na Koh Lanta kupiliśmy inne mleczko, myśląc, że może tym razem się uda, ale tego mleka również nie chciał pić. Prawdę mówiąc, tak odzwyczaił się od mleczka, które wcześniej pił chętnie rano i wieczorem (kupowaliśmy mu, jako alergikowi, Bebilon 3), że w Polsce powrócił do swoich dawnych zwyczajów dopiero po kilku tygodniach od powrotu. Z drugiej zaś strony okazało się, że chłopakowi smakuje mleko sojowe, którego potrafił wypić i 2 butelki na raz.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 Następna strona