Kgaswane Mountain Reserve-Pilanesberg National Park - 17.02.2011

Następnego dnia po śniadaniu zabrałem się do rozbierania namiotu. Zaintrygowało mnie, dlaczego tropik jest tak dziwnie zdeformowany z jednej strony. Gdy go zdjąłem, zobaczyłem, że jeden z pałąków namiotu jest złamany. Było to dziwne. Co prawda, nasz namiot przeżył już kilka burz, gdy porywisty wiatr dawał się pałąkom mocno we znaki, ale podczas naszego pobytu w Kgaswane niemal wcale nie wiało. Zastanawiałem się, czy w ogóle uda się nam teraz ten namiot rozbić w taki sposób, by dał on nam schronienie na wypadek deszczu.

Opuściliśmy rezerwat Kgaswane Mountain Reserve, obwodnicą okrążyliśmy Rustenburg i ruszyliśmy w kierunku Pilanesbergu. Pilanesberg National Park to jeden z większych rezerwatów RPA, a ponieważ znajduje się blisko kilku dużych miast, w tym przede wszystkim Johannesburga i Pretorii, jest najczęściej dość tłoczny. Do tego na jego obrzeżu jest położone Sun City, dość ekskluzywne miasto rozrywki, do którego nie mieliśmy jakoś ochoty jechać, ale które jest odwiedzane przez licznych wczasowiczów. Mimo to miałem nadzieję, że znajdzie się jakieś miejsce dla naszego namiotu na jednym z obozowisk położonych na skraju parku narodowego, a safari okaże się interesujące.

Dojechaliśmy do granic parku dość wcześnie. Zakwaterowaliśmy się na kempingu Manyane. Zapłaciłem na razie tylko za jedną noc (dokładnie nie pamiętam, ale była to kwota w granicach 150 randów), bo zastanawiałem się, czy następnej nocy nie spędzić w Rustenburgu. Kemping był pustawy, więc mogliśmy do woli przebierać w dostępnych stanowiskach. To, na które się w końcu zdecydowaliśmy, było bardzo ładne, chociaż do łazienki było dość daleko. Zaskoczyło nas to, że w łazience (zarówno w części damskiej, jak i męskiej) znajdowała się tylko jedna kabina prysznicowa. Na razie na kempingu było pusto, ale gdyby przyjechało trochę więcej gości, na pewno przed prysznicami ustawiałyby się kolejki.

Rozbiłem jakoś namiot, choć złamany pałąk nie ułatwił mi zadania. Namiot wyglądał dziwacznie i miałem poważne wątpliwości, czy ochroni nas, gdyby nadeszła burza.

Zanim pojechaliśmy na safari odwiedziliśmy sklepik na polu namiotowym. Kupiliśmy co nieco na jutrzejsze śniadanie, ale generalnie nie był zbyt dobrze zaopatrzony.

Wjazd do parku narodowego znajdował się niedaleko od kempingu. Zapłaciliśmy 260 randów z góry za dwa dni zwiedzania parku i ruszyliśmy w drogę.

Zdziwiło nas, że drogi w parku Pilanesberg mają tak kiepską nawierzchnię. Wąskie drogi gruntowe były pokryte dużymi kamieniami i trzeba było uważać na wszechobecne dziury. Spodziewałem się, że w jednym z bardziej obleganych parków drogi będą w lepszym stanie, a były gorsze niż na Kalahari.

Przejechaliśmy spory fragment parku, nie widząc żadnych zwierząt z wyjątkiem przepiórek. Dopiero gdy skręciliśmy w kierunku znajdującego się mniej więcej pośrodku parku jeziora, zaczęliśmy napotykać kolejne zwierzęta. Były to antylopy, a zwłaszcza gnu, których w Pilanesbergu jest prawdziwe zatrzęsienie, oraz guźce. Bardzo lubię guźce, te wesołe afrykańskie świnki, lecz podczas naszego tegorocznego wyjazdu widzieliśmy ich niewiele i tylko z oddali. Safari w Pilanesbergu dało nam w końcu możliwość obserwowania tych pociesznych stworzeń. Przyjemnie było patrzeć, gdy guźce, klękając na przednich nóżkach, ryły ziemię w poszukiwaniu swoich przysmaków. Spotkaliśmy także stada zebr i żyrafy. Widzieliśmy też nosorożce, choć pasły się one znacznie dalej niż w trakcie safari w Mafikengu – tam nosorożce stały kilka metrów od naszego samochodu. W pobliżu zbiorników wodnych napotykaliśmy zaś przepiękne kolorowe ptaki.

Żyrafa w Pilanesberg National Park
Żyrafa w Pilanesberg National Park
Gnu i zebry w Pilanesberg National Park
Gnu i zebry w Pilanesberg National Park
Guźce w Pilanesberg National Park
Guźce w Pilanesberg National Park

Po zakończeniu safari zamiast wrócić na pole namiotowe pojechaliśmy, kierując się wskazaniami GPSu do najbliższego sklepu w znajdującym się w pobliżu miasteczku Mogwase. Sklepik był dość obskurny i znajdował się w pobliżu miejscowego baru z wyszynkiem. Młodzi podpici mężczyźni zaczepiali mnie na zewnątrz, prosząc o pieniądze, a potem weszli do sklepu i komentowali mnie w swoim języku. Nie było to pewnie nic przyjemnego, bo głośno rechotali. Zignorowałem ich.

Na pole namiotowe wróciliśmy o zmroku. Zrobiliśmy sobie wieczornego grilla i poszliśmy się umyć. Na szczęście pole namiotowe nadal było puste, więc kolejek do prysznica nie było.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 Następna strona