Meksyk - 24.10.2008

Wstaliśmy dość późno, ale mogliśmy sobie na to pozwolić, zważywszy, że nie mieliśmy żadnych konkretnych planów na dzisiaj. Śniadanie zjedliśmy w hotelowej restauracji, a po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie miasta.

Dworzec TAPO znajduje się tuż obok stacji metra San Lazaro – tam też udaliśmy się i kupiliśmy w kasie 10 biletów po 2 peso – przewodniki polecają zaopatrywanie się w większą ilość biletów, gdyż w ten sposób unika się stania w kolejkach po bilety. Kolejki mogą być podobno niekiedy naprawdę długie.

Potem pojechaliśmy na główny plac miasta, czyli na Zocalo. Metro w Meksyku biegnie częściowo na powierzchni, częściowo zaś, zwłaszcza w centrum, jest położone pod powierzchnią ziemi. Rozwiązanie takie widzieliśmy zresztą w wielu innych miastach, w których mieliśmy okazję podróżować metrem. W przypadku miasta Meksyk jest to może o tyle zaskakujące, że każdy, kto czytał książki historyczne o tym kraju, wie, że duża część dzisiejszego miasta Meksyk jest położona na jeziorze. Jeszcze przed podbojem hiszpańskim miejscowi Indianie wyplatali specjalne maty i kładli je na jeziorze. Z czasem maty zaczynało porastać sitowie, można było budować na nich domy, a nawet uprawiać rolniczo ten teren. W ciągu wieków zmniejszono wielkość jeziora, a w końcu zupełnie je zlikwidowano. Tym niemniej teren, na którym wznosi się dzisiejszy Meksyk, z pewnością jest dość podmokły, co nie zaszkodziło budowie metra.

Po dojechaniu na właściwą stację i wyjściu na zewnątrz znaleźliśmy się na ogromnym placu. Plac nie był pusty, zastawiony był namiotami i budkami, a w jednym z rogów stał czerwony wagon metra. Został on postawiony na placu najwyraźniej dla uczczenia Święta Zmarłych, gdyż na szybach naklejono naklejki imitujące tłum pasażerów, którymi były różnej postury kościotrupy.

Wagon metra z kościotrupami - rynek w Meksyku
Wagon metra z kościotrupami - rynek w Meksyku

Wokół kłębiły się tłumy ludzi, pełno ich było zwłaszcza po drugiej stronie ulicy na północnej stronie placu, obok monumentalnej katedry. My wyszliśmy po wschodniej części placu obok długiego budynku, który zgodnie z mapką w przewodniku mieścił siedzibę meksykańskich władz państwowych.

Najpierw poszliśmy zwiedzać katedrę. Jest ogromna – w budynku są dwa ogromne kościoły, a z nawy każdego z nich można przejść do kilku dodatkowych kaplic.

Teren katedry jest odgrodzony od pozostałej części placu. By dostać się do środka, trzeba przejść przez jedną z kilku bram pilnowanych przez funkcjonariuszy policji. Kontrola nie jest szczególnie dokładna – trzeba jednak przygotować się na to, że funkcjonariusze poproszą o rozpięcie plecaka i szybko przejrzą jego zawartość.

Katedra w mieście Meksyku
Katedra w mieście Meksyku

Po zwiedzeniu katedry Andrzejkowi zachciało się siku. Po wschodniej stronie placu w sklepiku z tanimi torbami ktoś wpadł na pomysł urządzenia publicznych toalet. Biorąc pod uwagę tłumy ludzi przetaczające się w pobliżu, można mieć wątpliwości, po co właściwie zajmuje się sprzedażą toreb, skoro ma tylu klientów chętnych do skorzystania z ubikacji.

Gdy czekałem na Małgosię, mogłem podziwiać indiańskiego szamana, który odprawiał jakieś obrzędy polegające głównie na okadzaniu ludzi i dotykaniu ich miotełką z jakiegoś ziela. Nie mam pojęcia, co to był za obrzęd, ale chyba ludzie wierzyli w jego moc, skoro ustawiali się do szamana w kolejce. I na ogół wcale nie wyglądali na turystów pragnących tylko znaleźć okazję do zrobienia sobie zdjęcia z półnagim Indianinem z azteckim pióropuszem.

Nieco bardziej na południe grupka podobnie ubranych ludzi (w tym kilku kobiet, mniej jednak niż mężczyźni rozebranych) tańczyła jakiś szybki etniczny taniec przy wtórze bębnów i piszczałek.

Taniec indiański na rynku w mieście Meksyku
Taniec indiański na rynku w mieście Meksyku

Gdy Małgosia z aparatem fotograficznym robiła zdjęcia szamanowi i tańczącym ludziom, miałem okazję wspomóc miejscowych uczniów w zadaniu domowym. Otóż grupka młodych ludzi płci obojga poprosiło mnie, bym pomógł im, odpowiadając po angielsku na ich kilka pytań. Pytań było kilkanaście, dotyczyły głównie moich wrażeń z Meksyku jako turysty. Odpowiadałem na nie od niechcenia, plotąc chyba trzy po trzy, gdy tymczasem uczniowie nagrywali moje wypowiedzi przez komórkę i robili mi zdjęcia.

Nieco na wschód od katedry znajdują się jedne z niewielu we współczesnym Meksyku pozostałości dumnej stolicy Azteków, podbitej w XVI wieku przez Corteza, tak zwana Wielka Świątynia. Teren jest ogrodzony i by wejść do środka, należy wykupić bilet. Już jednak pierwszy rzut oka na ruiny położone poniżej powierzchni placu sprawił, że odechciało nam się zwiedzania. Niewielkie ruiny widać było doskonale z góry – i nie rzucały one w żaden sposób na kolana. Chyba nie tylko my byliśmy takiego zdania, bo pomimo tłumów na zewnątrz, w środku zwiedzających było bardzo niewielu.

Okrążyliśmy od tyłu katedrę, a później wróciliśmy na plac. Znowu musieliśmy minąć grupę przebranych za Azteków tancerzy. Ta część placu pełniła także inne funkcje – otóż pod płotem okalającym katedrę siedzieli mężczyźni trzymający karteczki – były na nich zapisane ich zawody – tu siedział hydraulik, tam elektryk, a jeszcze gdzie indziej cieśla. Najwyraźniej trafiliśmy na miejscową formę biura pośrednictwa pracy.

Stąd wróciliśmy do metra i pojechaliśmy na plac Alameda Central, na stację Bellas Artes.

Plac Alameda Central okazał się niewielkim parkiem z alejkami, na skrzyżowaniach których znajdowały się przyjemne dla oka fontanny. Obok wznosił się Pałac Sztuk Pięknych, czyli (Palacio de Bellas Artes). Jest to – jak nazwa wskazuje – muzeum, jednak nie przyjechaliśmy do tego miejsca, by je zwiedzić. Przyjemność tę zachowujemy sobie na jedną z następnych wizyt w Meksyku. Naszym celem była Torre Latinoamericana – wieżowiec, który w latach 50-tych, gdy został wybudowany, zaliczał się do najwyższych budynków na świecie i do dziś pozostaje najwyższym budynkiem stolicy Meksyku. Na górę można wjechać, uiszczając opłatę w kwocie 50 peso za osobę dorosłą (jeśli dobrze pamiętam za Andrzeja nie musieliśmy płacić).

Winda najpierw wiezie nas na poziom, na którym znajduje się niewielka kawiarnia. Później można drugą windą pojechać jeszcze wyżej. Stamtąd zaś można po schodach wejść na sam dach.

Miasto jest ogromne i trudno je ogarnąć wzrokiem. Wydaje się, że zabudowa ciągnie się do horyzontu, tam zaś, gdzie zaczynają się góry, domy wspinają się do ich podnóża. Powietrze nie było zbyt klarowne i podobno nigdy nie jest. W powietrzu utrzymuje się zawsze pewna ilość smogu. Tym niemniej widać było stąd pięknie całe centrum, w tym Zocalo z zawieszoną nad placem ogromną flagą Meksyku. Chociaż Meksyk jako stolica kraju posiada swoje biznesowe city z nowoczesnymi biurowcami, to nie są one zbyt wysokie. Kolonialna zabudowa to także najwyżej kilkupiętrowe kamienice. Z tego też powodu miasta, mimo że jest naprawdę ogromne, ma swoisty charakter. Centrum nie jest zbudowane ze szkła i betonu, jak to ma miejsce w przypadku innych wielkich miast świata.

Widok na miasto Meksyk z Torre Latinoamericana
Widok na miasto Meksyk z Torre Latinoamericana

Po wyjściu z wieżowca poszliśmy pieszo na Plaza Garibaldi. Zgodnie z przewodnikami miejsce to okupują muzycy mariachi, czyli charakterystyczne dla Meksyku zespoły muzyczne składające się z grajków ubranych w stroje meksykańskich cowboyów i grające skoczne melodie na trąbkach i gitarach. Niestety, o ile zespoły mariachi kręciły się rzeczywiście po placu, to gdyby ktoś liczył na posłuchanie muzyki, zawiódłby się srodze. Plac znajdował się w trakcie jakiejś większej przebudowy i zamiast muzyki słychać było pneumatyczne młoty. O dziwo, kilka restauracji było czynnych, a kelnerzy namawiali przechodniów do zajęcia wystawionych na zewnątrz stolików. Trudno mi jednak uwierzyć, by siedzenie na placu Garibaldiego wśród donośnego warkotu maszyn budowlanych mogło być przez kogokolwiek uznane za przyjemność. Z placu Garibaldiego pojechaliśmy na stację Chapultepec, przesiając się na stacji Salto del Agua.

Obok stacji Chapultepec znajduje się jedna z większych atrakcji miasta Meksyk – Park Chapultepec. Park jest ogromny i znajduje się na jego terenie wiele atrakcji – muzea pełne znakomitych ekspozycji, park botaniczny i niewielkie zoo, jezioro z łódkami oraz lunapark.

Wchodząc do parku przechodzi się najpierw obok Pomnika Chłopców-Bohaterów. Pomnik upamiętnia dzieci ze szkoły wojskowej, które z bronią w ręku stanęły naprzeciwko wielokrotnie liczniejszych oddziałów amerykańskich. Amerykanie w połowie XIX wieku najechali Meksyk, rozgromili meksykańskie armie w upokarzający sposób i gdy stanęli u bram stolicy, okazało się, że jej najdzielniejszymi obrońcami były dzieci ze szkoły wojskowej. Dzieci, jak można się domyślać, zostały pobite, a władze Meksyku zostały zmuszone do podpisania układu pokojowego, zgodnie z którym znaczna część terytorium kraju przeszła pod władnie Amerykanów.

Pomnik Chłopców-Bohaterów w mieście Meksyku
Pomnik Chłopców-Bohaterów w mieście Meksyku

Po minięciu pomnika zdecydowaliśmy się wjechać turystyczną ciuchcią na wzgórze, na którym wznosi się Castillo de Chapultepec – niewielki pałacyk, w którym broniły się dzieci-bohaterowie. Obecnie wewnątrz znajduje się muzeum historyczne z wieloma ciekawymi eksponatami dokumentującymi historię Meksyku (wstęp – 48 peso od osoby). Znaleźliśmy tam też przygotowywaną na Wszystkich Świętych ekspozycję cukrowych czaszek. Niestety, nie zdążyliśmy obejrzeć całej ekspozycji, bo minęła 17 i strażnicy zaczęli stopniowo zamykać poszczególne części pałacu. Na zewnątrz jest ładny skwerek z fontanną i można z góry obserwować otaczający park i zachodnią część miasta.

Przed Castillo de Chapultepec w mieście Meksyku
Przed Castillo de Chapultepec w mieście Meksyku
Cukrowe czaszki w Castillo de Chapultepec
Cukrowe czaszki w Castillo de Chapultepec

Na tym zakończyliśmy więc zwiedzanie, bo o tej porze zamykane były również inne atrakcje parku. Lunapark jest czynny podobno nieco dłużej, byliśmy już jednak głodni i zmęczeni. W jednej z uliczek odchodzących od placyku znajdującego się przed wejściem do parku znaleźliśmy niedrogą restaurację, w której spożyliśmy zestaw obiadowy typu comida corrida. Później zaś zeszliśmy do stacji metra.

Ze zgrozą obserwowaliśmy wjeżdżający na peron stacji metra pociąg. Wewnątrz stał zbity tłum ludzi. Wejście do środka wymagało brutalnego wepchnięcia się do środka. Zaczekaliśmy na kolejny pociąg, ale ten był tylko odrobinę mniej zatłoczony. W głowie kłębiły mi się myśli. Wszystkie przewodniki ostrzegały przed taksówkami w mieście Meksyku. Podobno całkiem często jeżdżą nimi przestępcy i notowano ciężkie przestępstwa na cudzoziemcach korzystających z zatrzymywanych na ulicach taksówek. Jeśli zaś nawet istniała możliwość dojechania do naszego hotelu autobusami miejskimi, to trzeba by było znaleźć właściwy autobus, a poza tym przejazd trwałby bardzo długo, wziąwszy pod uwagę stopień zakorkowania ulic i fakt, że musielibyśmy przejechać przez całe centrum – a wcale nie było przy tym gwarancji, że autobusy będą mniej zatłoczone niż metro. Dlatego też w końcu zdecydowałem się wsiąść do metra. Co prawda, w godzinach szczytu z przodu są wydzielone wagoniki dla kobiet i dzieci, w których jest nieco mniejszy tłok, ale nie chcieliśmy się rozdzielać i wszyscy wsiedliśmy do wagonu dla mężczyzn.

Nie była to najlepsza decyzja. Przejechaliśmy dwie stacje i byłem coraz bardziej przerażony. Obawiałem się i o Andrzejka, którego Małgosi udało się jakoś posadzić na przegrodzie oddzielającej przedsionek od siedzeń, i o zawartość swoich kieszeni, a nawet o siebie. Gdy przed trzecią stacją tłum stojących przede mną ludzi naparł na mnie tak, że omal nie upadłem, krzyknąłem Małgosi, żeby wychodziła. Gdy sam zacząłem przedzierać się przez tłum, poczułem, że nie mam portfela w kieszeni. Zanurkowałem szybko na dół, zastanawiając się, czy nie zobaczę kogoś, kto trzyma mój portfel w ręku, ale było już za późno. Dopiero później doszedłem do wniosku, że ten tłum napierających na mnie ludzi stanowił zapewne część planu i że zostałem okradziony przez jakąś szajkę zawodowców.

Małgosia z Andrzejkiem stała już na zewnątrz, więc wybiegłem za nią. Doszedłem do wniosku, że szanse na złapanie złodzieja są mizerne, a jeśli rozdzielimy się, znajdziemy się w naprawdę poważnych tarapatach. Pociąg odjechał, a ja pobiegłem do policjanta, który stał przy wejściu na peron. Policjant wydawał się zdziwiony, że coś od niego chcę. W końcu zaprowadził mnie do pobliskiego biura, w którym siedział kierownik stacji. Kierownik również był mało pomocny i jedyne, co zaoferował, to możliwość pojechania dalej metrem bez biletu. Oczywiście takie rozwiązanie nie miało wiele sensu. Na chwilę wyszliśmy na znajdującą się na zewnątrz ulicę – miałem przy sobie schowaną w saszetce pewną ilość amerykańskich dolarów i zastanawiałem się, czy nie dałoby się ich wymienić, bo zostaliśmy bez jednego meksykańskiego peso. Jednak było już dość późno – był piątek, zbliżała się osiemnasta. W pobliżu był nawet jakiś bank, ale zamknięty. Dlatego po chwili wróciliśmy z powrotem na stację metra. Znowu napadłem na kierownika stacji, domagając się kontaktu z policją. To było właściwe posunięcie. Kierownik stacji w końcu wyszedł ze swojego kantorka i zaprowadził nas na posterunek policji, który – jak się okazało – znajdował się tuż obok, wewnątrz stacji metra.

W środku znajdowało się dwóch czy trzech umundurowanych funkcjonariuszy oraz jeden funkcjonariusz w garniturze. I to właśnie ten człowiek w garniturze, starszy od innych i sprawiający wrażenie dowódcy zainteresował się nami. Złożyłem mu swoją kulawą hiszpańszczyzną zeznania, które zapisał sobie na jakiejś kartce. Oczywiście nie dawał nam żadnej nadziei na to, że uda się złapać przestępcę. Wprost przeciwnie – powiedział, że codziennie w metrze ma miejsce ogromna ilość kradzieży. W końcu zadzwonił do kogoś, kogo tytułował telefonicznie "comendante", i po zakończeniu rozmowy powiedział, że może nas odwieźć do naszego hotelu, chyba że chcemy otrzymać protokół potwierdzający zgłoszenie kradzieży. Ponieważ uprzedził nas równocześnie, że przygotowanie takiego protokołu może długo potrwać, a bałem się o los kart kredytowych, które miałem w portfelu, i chciałem je jak najszybciej zastrzec, a poza tym Prosiaczek słaniał się na nóżkach i wyglądał już na porządnie zmęczonego, poprosiłem, żeby jak najszybciej zawiózł nas do hotelu.

Komendant najpierw zaprowadził nas na peron metra i razem z nami przeszedł przez pilnowaną przez policjanta bramkę oddzielającą część przeznaczoną tylko dla kobiet od części ogólnodostępnej. Razem z nim weszliśmy do wagonika.

Na stacji metra San Lazaro, do której dojechaliśmy, chciałem się pożegnać z policjantem, bo do hotelu mieliśmy już całkiem blisko, ale funkcjonariusz postanowił być bardzo pomocny. Zatrzymał taksówkę i podwiózł nas pod same drzwi. Dopiero tam pożegnaliśmy się z nim, dziękując mu bardzo za uprzejmość.

Dalsze moje zmagania mające na celu zastrzeżenie kart kredytowych nie zasługują chyba na szczegółowe opisy. Krótko mówiąc, okazało się, że roaming w mojej nowonabytej komórce nie działa (w Polsce śledztwo wyjaśniło, że trzeba było wykręcić jakiś tajemniczy prefiks, o czym nie miałem zielonego pojęcia, bo informacja na ten temat znajdowała się jedynie na ulotce dołączonej do zestawu startowego, a nie było jej na stronie internetowej, którą studiowałem przed wyjazdem), recepcjonista nie chciał zgodzić się na to, bym skorzystał z hotelowego telefonu, a na dworcu TAPO nie ma kantoru wymiany walut (jest tylko jeden bank o dość krótkich godzinach pracy i zamykany na weekend). W końcu najpierw przy pomocy miejscowych staruszków udało mi się skłonić do współpracy recepcjonistę, który po bandyckim kursie wymienił mi moje dolary i nawet pozwolił mi raz zatelefonować do Polski, a później znalazłem aptekę, w której można było kupić karty telefoniczne do miejscowych budek telefonicznych. Niestety, wszystkie te operacje były czasochłonne.

Muszę przyznać, że mógłbym pewnie lepiej przygotować się do tego, co mnie spotkało (kradzieży można spodziewać się wszędzie, dlatego trzeba z góry myśleć o tym, jak zminimalizować jej skutki). Przede wszystkim trzeba schować jedną kartę kredytową w innym miejscu niż pozostałe, a poza tym wybierając się w podróż, lepiej jest dokładnie sprawdzić stan swoich środków łączności – niekiedy możliwość skorzystania z roamingu może okazać się bardzo użyteczna. Lepiej byłoby też, gdybym spróbował namówić policjanta, by pozwolił mi zadzwonić do Polski z komisariatu. Biorąc pod uwagę jego życzliwość, można założyć, że by się zgodził, co by mi zaoszczędziło zbędnych kłopotów i pozwoliłoby mi szybciej zastrzec karty. Nonsensem było też to, że nie miałem w głównym bagażu zapisach numerów telefonów do banków. Co prawda, rodzina pomogła mi znaleźć te informacje w miarę szybko, ale to również była zbędna strata czasu i pieniędzy.

Późnym wieczorem w hotelowym pokoju podliczyłem swoje pieniądze. Zostałem pozbawiony kart kredytowych, miałem więc do dyspozycji tylko trochę wziętych na wszelki wypadek dolarów, trochę dolarów kanadyjskich, które mogłem ostatecznie wymienić, a także pewną ilość brytyjskich funtów, których wolałbym nie ruszać, gdyż wracając do Polski musieliśmy się w Londynie przesiąść i chciałem na wszelki wypadek mieć nieco więcej pieniędzy niż potrzeba na bilety. W sumie mogło nam się udać dotrwać do końca planowanego pobytu pod warunkiem ograniczenia do minimum kosztów. Oznaczało to jednak, że właściwie musielibyśmy zrezygnować ze zwiedzania i nie przywieźlibyśmy do Polski żadnych prezentów czy kulinarnych ingrediencji, które planowała kupić Małgosia. Dlatego też zdecydowałem, że poproszę moją rodzinę o przesłanie mi w jakiś sposób pieniędzy. I z tą myślą poszedłem spać, a spało mi się naprawdę wyjątkowo kiepsko – o ile to przewracanie się z boku na bok można w ogóle nazwać snem. Utrata przez mężczyznę czegoś tak intymnego jak jego portfel jest szokiem dla psychiki.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 Następna strona