Oaxaca (wycieczka do Mitli)-Meksyk - 23.10.2008

Wstaliśmy wcześnie, bo grubo przed siódmą, szybko ubraliśmy się i poszliśmy na dworzec autobusowy II klasy. Na dworcu oddaliśmy bagaże do przechowalni (6 peso od sztuki za dobę), po czym poszliśmy coś zjeść do dworcowej jadłodajni, która była właśnie otwierana. Kupiliśmy zapiekane kanapki, czyli tostas po 14 peso za sztukę – na tym polegało tego dnia nasze śniadanie. Prawdę mówiąc, całkiem przyzwoicie się nim najedliśmy.

Zgodnie z informacjami umieszczonymi w przewodniku Footprint autobusy do Mitli odjeżdżają praktycznie co chwila ze stanowiska firmy Transportes Oaxaca-Istmo. Przejazd do Mitli zajął nam mniej więcej 1,5 godziny – nie pamiętam, ile płaciliśmy za bilet, ale chyba nie więcej niż 30 peso. Po drodze mija się równinne krajobrazy stanu Oaxaca. Im bliżej Mitli, tym częściej widuje się małe destylatornie, w których produkuje się mescal – drugi chyba pod względem popularności po teqilii wysoprocentowy meksykański napój alkoholowy. Niektóre spośród tych fabryczek są podobno otwarte dla zwiedzających, ale mieliśmy na dzisiaj przewidziane inne atrakcje turystyczne.

Kilka kilometrów przed Mitlą zobaczyliśmy zjazd do Yagul. Jest to jeszcze jedna strefa archeologiczna – kiedyś znajdowało się tam jedno ze starożytnych miast zapoteckich. Ponieważ jednak dojście do strefy archeologicznej wymagało kilkukilometrowego spaceru, darowaliśmy sobie zwiedzanie, zmierzając prosto do Mitli.

Zgodnie z sugestią, którą znaleźliśmy w którymś z przewodników, poprosiliśmy kierowcę, by wysadził nas koło skrzyżowania, od którego odchodzi boczna droga w stronę ruin. Autobus jedzie stąd dalej na dworzec autobusowy w Mitli – gdyby jednak ktoś nie wysiadł na właściwym skrzyżowaniu, to z dworca autobusowego do ruin też nie jest daleko. Wszędzie zresztą pełno jest taksówek przypominających tajskie tuk-tuki – ponieważ jednak ze skrzyżowania do ruin jest zaledwie kilkaset metrów, zdecydowaliśmy się na przejście tego dystansu pieszo.

Ruiny w Mitli są położone w kilku miejscach niezbyt odległych od siebie, przy czym główna i najciekawsza ich część mieści się obok kościoła w północnej części miasteczka. Idąc w jego kierunku mija się pierwsze zgrupowanie ruin – wstęp na nie jest wolny, ale nie są specjalnie ciekawe – ot, jakieś wystające z ziemi okopcone mury i kolumny. Potem dochodzi się do kościoła. Kościół jest ładny – jak wiele innych kolonialnych kościółków w okolicy. Obejrzeliśmy go, po czym ruszyliśmy zgodnie z drogowskazami do wejścia do ruin. W tym celu trzeba okrążyć kościół. Za wstęp zapłaciliśmy 35 peso za osobę, nieco taniej niż zwykle.

Pierwsza część ruin nie jest zbyt imponująca – są to ściany jakichś budowli, których jedyną cechą charakterystyczną są specyficzne zdobienia – górna część każdej ściany jest udekorowana poziomym pasem zawierającym geometryczne wzory.

Teren wykopalisk w Mitli
Teren wykopalisk w Mitli

Później przechodzi się przez nieduży bazar pełen turystycznej tandety. Sprzedawcy nagabują przechodzących, ale czynią to dość anemicznie, więc człowiekowi łatwo przychodzi ich ignorowanie. Po przejściu przez targowisko należy znowu okazać bilety strażnikowi (lepiej więc ich nie wyrzucać).

Teren wykopalisk w Mitli
Teren wykopalisk w Mitli

Druga część ruin zawiera kilka niskich piramid, właściwie postumentów, na których znajdują się pozostałości świątyń. Tu również mury są ozdobione geometrycznymi wzorami.

Pod jedną z piramid można wejść. Generalnie podczas zwiedzania nie natknęliśmy się na tłumy turystów. Mitlę odwiedzają raczej nieliczni indywidualni turyści, a nie grupy wycieczkowe. Ponieważ jednak miejsca w podziemiach jest niewiele, musieliśmy chwilkę postać w kolejce. Przy okazji zamieniliśmy kilka zdań z innymi turystami, którzy próbowali domyśleć się, w jakim języku ze sobą rozmawiamy. Myśleli, że to rosyjski, więc udzieliłem im kilku uwag na temat tego, jak można odróżnić rosyjski od polskiego (ech, te nasze polskie "ś" i "ć"), podpierając się kilkoma przykładami.

Podziemny korytarz jest bardzo krótki. Wewnątrz jest okropnie gorąco i duszno – w końcu zaś dochodzi się do wąskiej sali, której mury są ozdobione takimi samymi geometrycznym wzorami, jakie widnieją na murach znajdujących się na zewnątrz.

Generalnie ruiny robią takie sobie wrażenie – nie rzucają na kolana, ale jeśli ktoś jest w Oaxace i ma trochę wolnego czasu, pewnie warto je obejrzeć.

Wyszliśmy z ruin i ruszyliśmy w kierunku przystanku autobusowego. Po drodze Prosiaczkowi zachciało się siku, a ponieważ znajdowaliśmy się na środku miasta, musieliśmy zawrócić – na szczęście nie musieliśmy iść daleko. Toaletę znaleźliśmy w pobliżu kościoła.

Powrót z Mitli zajął nam trochę ponad dwie godziny, czyli sporo dłużej niż podróż w tamtą stronę. Znaczną część tego czasu zajęło nam stanie w korku w samej Oaxace. Zdaje się, że część jednej z ulic była zablokowana z powodu jakiejś uroczystości – i to spowodowało pojawienie się ogromnego korka.

Zanim więc dojechaliśmy na dworzec autobusowy, zrobiła się 14. Na dworcu dowiedzieliśmy się, że następny autobus odjeżdża o 14:40, a kolejny dopiero późno wieczorem. Nie była to pomyślna wiadomość. Podróż do Meksyku z Oaxaki trwa 6 godzin, a nie zjedliśmy jeszcze obiadu. Poza tym Małgosia chciała jeszcze odwiedzić miejscowy targ i kupić kilka lokalnych specjałów, co do których nie miała pewności, że da się je kupić gdziekolwiek indziej w Meksyku. Dlatego też zdecydowaliśmy się, że zamiast się śpieszyć pójdziemy i na targ, i do restauracji, a potem pojedziemy na dworzec autobusowy ADO, z którego autobusy odjeżdżają prawie co godzinę.

Na targu najpierw odwiedziliśmy stoisko z suszonymi papryczkami. W Meksyku suszone papryczki są dodawane do wielu dań, przy czym ilość różnych gatunków, które suszy się, a niekiedy także wędzi, jest ogromna. Małgosia trochę na podstawie książek, a trochę na podstawie informacji uzyskanych w trakcie kursu gotowania przygotowała listę różnych gatunków papryczek, więc teraz kupiliśmy tylko te papryki, które były charakterystyczne dla stanu Oaxaca i tylko tutaj można je kupić .

Potem poszliśmy na inne stoisko, gdzie kupiliśmy trochę czekolady. Stan Oaxaca jest znany między innymi z produkcji czekolady. Czekoladą pachną tu sosy i napoje, a nawet zwykła kawa jest jakaś taka czekoladowa. Można kupić specjalne przyrządy do ucierania czekolady z wodą – zwyczaj picia tak przyrządzanego napoju pochodzi jeszcze chyba z czasów prekolumbijskich. Gdy podeszliśmy do stoiska, ekspedientka sama zaczepiła nas, proponując spróbowanie różnych gatunków czekolady. Czekolada ma postać pasty – można jej skosztować, biorąc małą porcję wprost z małej łopatki. Kupiliśmy po pół kilo z każdego gatunku, a na prezent dla rodziny wzięliśmy dodatkowo jeden gotowy półkilowy pakiecik. Później odkryliśmy, że elegancko zapakowane porcje czekolady można kupić także w specjalnym sklepiku na dworcu ADO, jednak cena w tym sklepie jest znacznie wyższa niż cena, którą trzeba zapłacić na bazarze.

Na wszelki wypadek poszliśmy na mały dworzec autobusowy, który również znajdował się obok bazaru, ale stamtąd również po 14 aż do wieczora nie było żadnych autobusów w interesującym nas kierunku. Poszliśmy więc spokojnie coś zjeść do pobliskiej restauracji rybnej. Ryba była dość smaczna, ale restauracja była bardzo droga jak na miejscowe warunki – za dwie porcje ryby i piwo zapłaciliśmy 250 peso.

Potem wróciliśmy na dworzec autobusów II klasy, odebraliśmy nasze plecaki i poszliśmy na znajdujące się niedaleko od dworca miejsce, w którym – jak wcześniej zauważyliśmy – zatrzymywały się miejskie autobusy. Nie czekaliśmy długo – po mniej więcej 10 minutach przyjechał autobus, za którego szybą naklejony był napis ADO. Zapłaciliśmy pomocnikowi kierowcy (zdaje się 2 peso od osoby), usiedliśmy wygodnie i pojechaliśmy. Autobus przejechał przez centrum i po mniej więcej 25 minutach dojechaliśmy do celu. Było trochę po 16. Niestety, autobusy do Meksyku odjeżdżały co godzinę o pełnych godzinach, ale o 17 była akurat luka. Kupiliśmy więc bilety na autobus o 18 (362 peso od osoby, 50% zniżka dla dziecka) i zajęliśmy się konsumpcją przekąsek przerywaną od czasu do czasu przechadzkami po dworcu. Nie bardzo opłacało nam się wychodzić z dworca, bo musielibyśmy oddać bagaże do przechowalni (bagaże odprawia się dopiero pół godziny przed odjazdem danego autobusu, wcześniej można je co najwyżej zostawić w przechowali za opłatą).

Autobus był niemal dokładnie taki sam jak ten, którym przyjechaliśmy. Podróż trochę mi się dłużyła, może dlatego, że w znacznej części odbywała się już po zmroku i nie mogłem obserwować krajobrazów. Wyświetlane filmy też były jakieś dziwne. Najbardziej w pamięci utkwiła mi dziwaczna animowana wariacja na temat czerwonego kapturka i drwal śpiewający skoczne piosenki o sznyclach.

Na dworzec TAPO dojechaliśmy około północy. Stamtąd poszliśmy pieszo do znanego nam już hotelu Faja de Oro. Trzeba przyznać, że po zmroku na Wyżynie Meksykańskiej robi się zdecydowanie zimno. Nie miałem niczego pod ręką, czym mógłbym się okryć, więc trochę zmarzłem, idąc w koszulce z krótkim rękawem.

Tym razem dostaliśmy pokój na 3 piętrze. Przywitało nas znajome wielkie łoże z ogromnym lustrem i śmiałym obrazkiem na ścianie. Pokój nie był chyba zbyt starannie sprzątnięty, bo na blacie przed lustrem znaleźliśmy popiół z papierosa (hotel jest chyba generalnie dla niepalących i tabliczki informujące o zakazie palenia są wszędzie porozwieszane, ale – jak wiadomo – palacze często udają, że nie rozumieją ich treści). Na tym zakończyliśmy ten dzień i zaczęliśmy zarazem nowy, który miał się okazać dość istotny z punktu widzenia naszego dalszego pobytu.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 Następna strona