Cuernavaca (wycieczka do Xochicalco) - 30.10.2008

Rano obudziliśmy się stosunkowo wcześnie, nim jednak ubraliśmy się i zjedliśmy śniadanie, minęło sporo czasu. Dlatego też dotarliśmy do chaotycznego terminalu obok targowiska dopiero około wpół do dziesiątej.

Wcześniej wyczytaliśmy w przewodniku, że odjeżdżają stamtąd autobusy do Xochicalco, co okazało się prawdą. Po placu kręci się kilku mężczyzn, którzy pełnią – jak się wydaje – funkcję kontrolerów ruchu, gdyż zapisują coś na formularzach, które podają następnie kierowcom przejeżdżających autobusów. Jeden z nich powiedział nam, gdzie mamy czekać. Po jakimś czasie podszedł do nas jeszcze raz i poinformował nas, że stojąca niedaleko Indianka z córką mają również jechać tym samym autobusem. Uspokoiło nas to trochę, bo baliśmy się, że w tym rozgardiaszu przegapimy w końcu nasz autobus. Czekaliśmy strasznie długo, bo ponad 40 minut – było to naprawdę męczące, biorąc pod uwagę rozmiary peronu i konieczność wdychania smrodu spalin. Zdaje się, że autobus, którym mieliśmy planowo odjechać (a w przewodniku znajdowała się informacja, że autobusy do Xochicalco odjeżdżają co 30 minut), zepsuł się – i stąd wynikła zwłoka. W końcu bowiem przyjechał pusty autobus kierowany przez młodego chłopaka, a panowie kontrolerzy ruchu szybko starli napisy z nazwami miejscowości, przez które miał jechać autobus, umieszczone na przedniej szybie i zastąpili je innymi napisami. Przy tej okazji dowiedzieliśmy się, że do robienia tych napisów jest wykorzystywana biała pasta do butów.

Kontroler powiedział chłopakowi, którędy ma jechać. Jednak podczas jazdy okazało się, że chyba byśmy pobłądzili, gdyby nie staruszkowie, którzy siedząc na siedzeniach z przodu autobusu udzielali mu wskazówek.

Jazda trwała dość długo, mniej więcej 1,5 godziny, przy czym przez sporą część tej drogi jechaliśmy przez Cuernavakę i otaczające ją osiedla. Krajobraz był generalnie górzysty. Ruiny Xochicalco – jak się okazało – również znajdowały się na szczycie wzgórza. Wysiedliśmy tam razem z jakąś młodą turystką, a autobus pojechał gdzieś dalej. Gdy jednak chcieliśmy wejść na teren strefy archeologicznej, strażnik zagrodził nam drogę i powiedział, że musimy najpierw pójść do muzeum i tam kupić bilety.

Muzeum zaś znajdowało się kilkaset metrów i trochę poniżej szczytu. To schodzenie w dół, mimo że wiedzieliśmy, że zaraz znowu będziemy musieli wejść na górę, nie było zbyt miłe, jednak różnica wysokości nie była duża.

W muzeum zapłaciliśmy tradycyjnie 48 peso za jeden bilet. Muzeum było całkiem ładne, chyba jedno z najlepszych muzeów podobnego typu, które widzieliśmy w Meksyku. Eksponaty były ułożone w pewnym porządku i dobrze opisane.

Potem poszliśmy znowu do znajdujących się na szczycie wzgórza ruin. Po drodze zaś mogliśmy obserwować czmychające tu i ówdzie jaszczurki.

Andrzejek w ruinach Xochicalco
Andrzejek w ruinach Xochicalco

Ruiny Xochicalco są imponujące i bardzo ładne. Poszczególne budynki stoją na platformach zaścielonych zieloną trawką. Piramidy nie są bezładnymi górami kamieni, lecz są ładnie odrestaurowane, w niektórych miejscach są nawet widoczne jakieś reliefy wyrzeźbione w ścianach. Turystów jest równie niewielu, co w przypadku Monte Alban, a może jest ich nawet jeszcze mniej. Podczas naszego pobytu zresztą ludzi było zresztą i tak chyba niezwykle dużo. Na schodach jednej z piramid ekipa filmowców kręciła coś, co chyba było fragmentem jakiejś reklamówki – z walczącymi ze sobą na tle piramid indiańskimi wojownikami. Przy drugiej piramidzie grupa młodzieży inscenizowała zaś z nieznanych nam powodów jakieś starożytne ceremoniały, których kulminacją było wyrywanie serca młodej dziewczynie – na niby, rzecz jasna i złożenie go w ofierze.

Jedna z piramid w Xochicalco
Jedna z piramid w Xochicalco
Xochicalco - ofiara z dziewicy
Xochicalco - ofiara z dziewicy

Z dużą przyjemnością pooglądaliśmy te ruiny, po czym poszliśmy do wyjścia. Niedaleko od niego jest toaleta, z której Andrzejek musiał skorzystać. Nie musieliśmy zbyt długo czekać na autobus. Był już właściwie pełny, a więc musiał przejechać przez sporo miejscowości, nim do nas dojechał. Znaleźliśmy miejsce gdzieś na samym końcu, obok człowieka, który wiózł w dużej oszklonej gablocie jakieś łakocie.

O drodze do Cuernavaki nie ma chyba sensu wiele opowiadać. W końcu dojechaliśmy na miejsce i – ponieważ była już pora obiadowa – poszliśmy coś zjeść do tej samej restauracji, w której poprzedniego dnia jedliśmy obiad, a dzisiaj rano śniadanie. Tym razem główna sala restauracji była zapełniona, więc weszliśmy do drugiej sali. Okazało się, że jest to bardzo dobry pomysł, bo znajdował się tam placyk zabaw dla dzieci z dużym plastikowym, choć mocno okurzonym pociągiem. Dzięki temu Andrzejek mógł się trochę tam pobawić.

Potem poszliśmy kupić bilety na lotnisko. Przejazdy na lotnisko w mieście Meksyku zapewnia firma Pullman de Morelos, która ma w Cuernavace dwa dworce autobusowe. Autobusy na lotnisko odjeżdżają z dworca Casino de Selva, który znajduje się dość daleko od centrum, gdzieś za targowiskiem. Jednak na drugim dworcu, bardziej centralnie położonym, również można uzyskać wszelkie informacje i kupić bilety. Dworzec znajduje się w południowej części centrum, nieco za katedrą – i tam też podążyliśmy w pierwszym rzędzie po zostawieniu niepotrzebnych rzeczy w hotelu.

Odjazdy są dość często, a przejazd trwa 1,5-2 godziny w zależności od panujących warunków drogowych. Za bilet musieliśmy zapłacić 135 peso, ale niestety musieliśmy kupić aż trzy bilety i to bez żadnej ulgi. Gdy zapytaliśmy o ulgi dla dzieci, kasjerka kazała nam podejść do ustawionej przed kasami miarki, gdzie zaznaczony był wzrost chyba 90 centymetrów. Nasz Andrzejek zaś ma już mniej więcej około metra wzrostu.

Potem poszliśmy do sklepu, by zrobić ostatnie zakupy. Jadąc tuż po przyjeździe do miasta autobusem do centrum, zauważyliśmy po drodze hipermarket jakiejś miejscowej sieci. Sieć ta ma sklepy ozdobione rysunkiem pelikana – widzieliśmy już wcześniej takie właśnie hipermarkety w innych meksykańskich miastach. Wydawało nam się, że hipermarket nie jest zbyt odległy od centrum i rzeczywiście nie musieliśmy długo iść, by się do niego dostać. Zakupy zajęły nam może dwie godziny – kupiliśmy wiele artykułów spożywczych z listy, którą przygotowała sobie Małgosia.

Po powrocie do hotelu zajęliśmy się pakowaniem bagaży. Zgodnie z naszymi przypuszczeniami w głównym bagażu zmieściły się głównie artykuły spożywcze i prezenty, a ubrania i własne rzeczy musieliśmy wcisnąć do torby, którą kupiliśmy na targu dwa dni wcześniej.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 Następna strona