Kuah-Ipoh, 26.01.2004

Budzimy się wcześnie i idziemy zjeść śniadanie. Jedzenie śniadania o tej porze ma taką zaletę, że w restauracji hotelowej panuje jeszcze porządek. Niestety w miarę upływu czasu jest coraz gorzej - jest to efekt niezbyt estetycznego stylu jedzenia posiłków przez chińskich gości i bardzo przeciętnej jakości pracy obsługi hotelowej restauracji.

Oddajemy klucze i idziemy na przystań. Po drodze wstępujemy do urzędu pocztowego, który - na całe szczęście - jest czynny. W efekcie nieszczęśliwego zbiegu różnych okoliczności zamiast wysłać kartki zaraz po przyjeździe, wysyłamy je w drugim tygodniu naszego pobytu w Malezji. Niewielka jest nadzieja, że dotrą do adresatów przed naszym powrotem do Polski. Najciekawsza jest kartka, którą Małgosia wysyła do siebie do pracy - z powodu braku koperty odpowiednich rozmiarów, kartka wędruje do ogromnej koperty z pęcherzykami. Cieszymy się na myśl, co pomyślą sekretarki w pewnym poważnym urzędzie, gdy dostaną taką przesyłkę z malezyjskimi pieczątkami.

Idziemy na prom - promy do Kuala Kedah odpływają co pół godziny. My załapujemy się na prom odpływający o 9. Podróż przebiega całkiem gładko, chociaż klimatyzacja - jak to na promach - działa niezwykle skutecznie.

W Kuala Kedah jesteśmy kwadrans po 10, łapiemy z przystanku znajdującego się prawie naprzeciwko przystani autobus do Alor Star. Tym razem trafił nam się konduktor, który nie zna dobrze angielskiego. Kiwa głową, gdy pytam go o dworzec autobusowy w Alor Star, ale mówi przy tym ani słowa.

Niestety, by dotrzeć na dworzec, musimy przejechać przez całe miasto. Na dworcu jesteśmy po 11. Martwi mnie to, gdyż miałem nadzieję, że dotrzemy do Ipoh na tyle wcześnie, by obejrzeć jeszcze przynajmniej jedną ze świątyń w jaskiniach otaczających miasto. Niestety, nie ma na to żadnych szans, bo okazuje się, że bilety do Ipoh na najbliższe autobusy są wyprzedane. Miotam się wraz z wieloma innymi pasażerami od okienka do okienka. Najwcześniejszy autobus jest o 13:30. Bilety kupujemy zresztą nie w okienku firmy przewozowej, ale od jakiegoś pracownika dworca, który usłyszał, że pytamy o autobus do Ipoh. A właściwie nawet nie od niego, ale od jego znajomego, który czekał na zewnątrz dworca. Bilet kosztował tyle, co w okienku, tak więc kupiliśmy go bez wahania.

Czekając w brudnym holu dworca (ale i tak nieskazitelnie czystym w porównaniu z dworcem Puduraya w Kuala Lumpur), wynudziliśmy się setnie. Chiński Nowy Rok sprowadził komplikacje komunikacyjne dla wielu osób - całe mnóstwo ludzi odchodziło z niczym od okienek.

W końcu przyjechał autobus. Pracownik dworca, za którego pośrednictwem kupiliśmy bilety do Ipoh, poczuł się w obowiązku pokazać nam, skąd odjeżdża autobus, co zresztą okazało się cenną przysługą, biorąc pod uwagę, że nie był to żaden peron, ale - nie wiedzieć czemu - uliczka przed dworcem.

Podróż minęła nam średnio wygodnie. Autobus był nieco bardziej rozklekotany niż autobusy długodystansowe, którymi dotąd jeździliśmy, a objawiało się to zwłaszcza wtedy, gdy mieliśmy wjechać na jakąś górkę.

Jechaliśmy tą samą autostradą, którą przyjechaliśmy z Kuala Lumpur. Prowadzi ona z południa na północ, wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Malezji. Momentami przecina góry i wtedy różnica mocy silników samochodów staje się łatwo zauważalna.

Do Ipoh dotarliśmy o 17, niestety za późno, by myśleć o czymś więcej niż o przechadzce po mieście.

Dworzec autobusów długodystansowych w Ipoh to zupełnie inna bajka niż znane nam już dworce w Alor Star i Kuala Lumpur. Nie jest to bowiem tak naprawdę dworzec. Po prostu kilka dość ciasnych uliczek przeznaczono do użytku autokarów, a firmy komunikacyjne wynajęły pomieszczenia na parterze i zaadaptowały je na biura. Z czasem pewnie pojawili się restauratorzy, straganiarze - i w taki sposób powstało to dość chaotyczne centrum komunikacyjne.

Po wyjściu z tego gąszczu uliczek poczuliśmy się zagubieni. Plan w przewodniku na niewiele się zdał, bo nie znaleźliśmy punktów orientacyjnych. Nawet słońce znajdowało się w takim miejscu, że trudno byłoby na jego podstawie określić strony świata.

Po przejściu stu czy dwustu metrów, gdy udało nam się wyjść na jakąś większą ulicę, zobaczyliśmy młodego Hindusa dziarsko maszerującego chodnikiem. Chyba był to jakiś student, bo zapytany o dworzec kolejowy, niezłą angielszczyzną wyjaśnił nam, w którą stronę mamy się udać. Wybrałem dworzec kolejowy, bo w przewodniku znalazłem informację, że w tym pięknym ponoć budynku, działa niezły hotel o wdzięcznej nazwie Majestic. Po doświadczeniach z Alor Star nie ufaliśmy już zbytnio takim opisom, jednak położenie tego właśnie hotelu bardzo nam odpowiadało, gdyż dworzec kolejowy - zgodnie z planem - był dogodnie ulokowany w pobliżu centrum miasta i dworców autobusowych. W Ipoh bowiem prócz dworca autobusów dalekobieżnych jest także dworzec autobusów lokalnych - minęliśmy go, idąc w kierunku dworca kolejowego.

Dworzec kolejowy okazał się rzeczywiście bardzo ładnym budynkiem - stylu nie podejmuję się jednoznacznie wskazać, ale chyba można by go podciągnąć pod neoklasycyzm z nutą orientu. Przed dworcem zaś znajdował się zadbany skwerek z żywopłotami i z fontanną.

Całość wyglądała zachęcająco, a dużą jaszczurkę, która uciekła nam spod nóg i skryła się za żywopłotem, potraktowaliśmy jak dobry omen.

Znaleźliśmy wejście i wspięliśmy się na drugie piętro, śledząc wiodące do recepcji strzałki. Recepcja mieściła się na gigantycznym, zadaszonym tarasie. Z jednej strony tarasu znajdowały się drzwi do pokojów, z drugiej taras był otoczony balustradą. Można było się na niej oprzeć i obserwować skwer przed budynkiem, a także sąsiednie majestatyczne budowle. Hotel sprawiał wrażenie ogromnego - zdążając do recepcji mogliśmy zauważyć, że na pierwszym piętrze także są pokoje hotelowe i ciągną się one wzdłuż szerokiego korytarza w poprzek całego budynku.

Recepcjonistka, sympatyczna, ubrana orientalnie Chinka zaproponowała nam pokój lux za 80 ringittów. Obejrzeliśmy go - sprawiał dość staromodne wrażenie, ale był duży i czysty. Miał też wszystkie ważne dla nas udogodnienia - łazienkę, klimatyzację, a nawet telewizor - ważna sprawa dla miłośników chińskich seriali.

Zostawiliśmy bagaże w pokoju i poszliśmy zwiedzić Ipoh, korzystając z resztek słonecznego dnia.

Budynek naprzeciwko dworca okazał się ratuszem, niezbyt zresztą ciekawym pod względem architektonicznym. Za nim znaleźliśmy wieżę zegarową ozdobioną malowidłami przedstawiającymi różne sceny z dziejów cywilizacji - od czasów antyku po czasy nowożytne. Wieża była ozdobiona płytą upamiętniającą niejakiego Bircha - obywatela brytyjskiego zabitego przez miejscowych patriotów. Po zakończeniu czasów kolonialnych płyta została na swoim miejscu, co - jak mi się zdaje - dobrze świadczy o mieszkańcach tego kraju.

Obok placu, nad którym wznosiła się wieża zegarowa, znajdował się meczet stanowy, ale również nie zachwycił nas jakoś szczególnie.

Poszliśmy dalej przez wymarłe ulice dzielnicy handlowej. Nieliczne otwarte sklepy przyciągały nasz wzrok, ale zastanawialiśmy się, dlaczego właściwie ich właściciele postanowili ich nie zamykać, skoro dookoła ulice świeciły pustkami.

W końcu zaś dotarliśmy do rzeki. Ucięliśmy sobie następnie spacer deptakiem wzdłuż brzegu, w górę jej biegu, bo z planu miasta nam wynikało, że w tamtym rejonie jest jakiś park. Głód zwyciężył wszelako nad chęcią zwiedzania, gdy po minięciu kolejnych domów doszliśmy do hali, pod którą działalność prowadziło kilka głównie chińskich restauracji. Wybraliśmy pierwszą z brzegu i poprosiliśmy kelnerkę o rybę z warzywami. Wygląd kelnerki był dość niezwykły - pani, raczej nie najmłodsza, za to z dość grubymi udkami wystającymi spod kusej spódnicy. Dotąd nie spotkaliśmy się z czymś takim w Malezji. Bo w Polsce oczywiście również można znaleźć ludzi bez szczypty samokrytycyzmu.

Po chwili przyniesiono nam niewielki talerzyk, na którym leżało coś, co wyglądało jak pływające w sosie sojowym małe kawałki warzyw. Uznaliśmy, że to jakiś sos i czekaliśmy dalej.

Przyniesiono nam w końcu posiłek. Okazało się, że chyba się nie dogadaliśmy z kelnerką, gdyż zamiast ryby z warzywami, dostaliśmy rybę w jakimś sosie i warzywa w jakimś sosie - dwa dania zamiast jednego. Lepiej dostać jednak za dużo niż za mało, bo przyjemniej spalać kalorie niż iść głodnym spać. Przynajmniej ja tak sobie myślę, bo Małgosia czasem narzeka na przejedzenie.

Po objedzie, całkiem tanim, bo za ten obfity posiłek zapłaciliśmy paręnaście ledwie ringittów, zawróciliśmy w kierunku centrum. Sklepów było tu całkiem sporo, podobnie jak restauracji i różnego typu straganów. Wkroczyliśmy do dzielnicy chińskiej z mnóstwem chińskich sklepików. W jednym z nich zauważyliśmy nieznany nam owoc - ogromny cytrus wielkości melona o żółtej skórce. Jednak zdecydowaliśmy się zrezygnować tym razem z zakupu. Byliśmy nasyceni obiadem, więc wiedzieliśmy, że wieczorem nie będziemy mieli już siły na jedzenie, a jutro planowaliśmy intensywne zwiedzanie i podróże.

Spacerowaliśmy arkadami wzdłuż ruchliwych ulic, a po ścianach przemykały od czasu do czasu małe gekony. Zmierzchało.

Przekroczyliśmy most i wkroczyliśmy do dzielnicy hinduskiej. Łatwo było zauważyć, że sklepy są tu całkiem inne niż w dzielnicy chińskiej. Na wystawach widać było barwne hinduskie sari, a od czasu do czasu pojawiały się przed naszymi oczami sklepiki z dewocjonaliami, pełne wizerunków Siwy i posążków Ganesza.

W końcu po minięciu ostatnich sklepów znaleźliśmy się obok dworca autobusów dalekobieżnych. Postanowiliśmy sprawdzić, kiedy odjeżdża jutro autobus do Cameron Highlands.

W kantorku firmy Kurnia Bishari znaleźliśmy karteczkę, że odjazdy autobusów są o 11, 12:30, 17 i 18:30. Informacja ta bardzo nas ucieszyła, gdyż wcześniej wyczytaliśmy w przewodniku, że są tylko dwa autobusy dziennie do Cameron Highlands, przy czym poranny miał odjeżdżać o 11. Nie byliśmy pewni, czy uda nam się do 11 zwiedzić świątynie w jaskiniach. Zdecydowaliśmy już, że z dwóch opisanych w przewodniku świątyń wybierzemy bardziej podobno ciekawą - Perak Tong. Coś trzeba zachować na następny raz, a ponieważ przyjechaliśmy do Ipoh znacznie później, niż przewidywaliśmy, nasz plan zrobił się dosyć napięty.

Kantorek firmy przrwozowej był pusty, gdy jednak postaliśmy przy nim chwilę, podbiegł do nas pracownik - sympatyczny Malezyjczyk w muzułmańskiej czapce. Oznajmił nam radośnie, czując nasze wahanie, że jeśli kupimy bilet, będziemy mogli pojechać dowolnym autobusem. Bilet kosztował nas jedyne 15 ringittów od osoby, dostaliśmy też reklamówki guest-house'ów w Tanah Rata, najbardziej znanym górskim kurorcie w Cameron Highlands. Rzuciłem na nie nawet okiem, ale nie byłem pewien, czy standardy guesthouse'ów będą nam odpowiadały, szczególnie w świetle naszych doświadczeń w Alor Star.

Ciemnymi już ulicami wróciliśmy do hotelu. Gdy braliśmy prysznic, w łazience słychać było pracę silników stojącego gdzieś na peronie pociągu. Sypialnia była jednak cicha i przytulna. Spało nam się w niej bardzo przyjemnie.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 Następna strona