Kuah, 21.01.2004

Wstajemy rano wypoczęci. Dobrze się nam spało, a nie musimy się dzisiaj nigdzie śpieszyć. Czeka nas dzień odpoczynku.

Najpierw idziemy zjeść śniadanie do hotelowej kawiarni. Jedzenie jest pierwsza klasa. Mnóstwo dań bufetowych, soki, napoje, słodycze. Czegóż chcieć więcej? Oczywiście nakładamy na talerze tylko miejscowe potrawy. Wygląda na to, że w Malezji na śniadanie je się makaron, tak więc tym właśnie będziemy się żywili.

Poniżej hotelu przy głównej ulicy widziałem wczoraj postój taksówek. Po śniadaniu idziemy tam. Taksówkarze z daleka już wołają: "Taxi, taxi!". Kiwam głową i mówię im, dokąd chcemy jechać: "Underwater World". Pada cena - 14 ringittów. To całkiem rozsądna kwota, zważywszy, że mamy do przejechania kilkanaście kilometrów.

Jedziemy i obserwujemy przez szyby taksówki otoczenie. Ku naszemu zaskoczeniu, to, co braliśmy za centrum Kuah, te krzyżujące się ze sobą uliczki obok naszego hotelu, to był właściwie początek centrum. Za naszym hotelem, tam, gdzie - jak sądziliśmy - nie było już niczego ciekawego - ciągnęły się domy ze sklepami i lokalami gastronomicznymi. W zasadzie ta właśnie część miasta to był jego najbardziej zwarty fragment. Widzimy wiele mniejszych i większyh sklepików, restauracji, a nawet jakiś plac targowy.

Gdy wyjedzie się z Kuah, za oknami samochodu krajobraz sprawia wrażenie dość urozmaiconego. Większa część wyspy to porośnięte zaroślami pagórki. Gdy jednak mijamy wioski, sprawiające wrażenie niezbyt bogatych, widzimy, że za domami ciągną się pola. Gdzieniegdzie pasą się krowy. Nie ma tu łaciatych. Krowy są tu czerwone i popielate.

Domy we wioskach to najczęściej zbite z desek chałupinki. Ale chyba tym ludziom nie żyje się tu aż tak biednie, jak można by sądzić po stanie ich mieszkań, bo przy wielu chatkach stoją samochody. Taki klimat, że nie wymaga murowanych budynków - skoro w zimie jest taki upał jak teraz.

W końcu podjeżdżamy pod długi murowany budynek. Czyżby to było to miejsce, w którym są największe w Azji akwaria? Tak, rzeczywiście jesteśmy na miejscu. Taksówkarz życzliwie wskazuje nam wejście. Kupujemy bilety (15 ringittów od osoby) i wchodzimy do środka. Wewnątrz światło jest słabe i rozproszone, a wszędzie dokookoła znajdują się wmurowane w ściany akwaria. Przechodzimy długim korytarzem. Niektóre akwaria mają imponującą wielkość, a ryby, które w nich pływają, sprawiają wrażenie prawdziwych kolosów. W akwariach pływają zresztą nie tylko ryby, ale także wielkie żółwie morskie.

W pewnym momencie dochodzimy do miejsca, w którym woda otacza nas ze wszystkich niemal stron. Tylko podłoga wyłożona jest udającymi kamień płytkami. U góry jest szyba, za którą przelewa się woda, a po obu stronach za szybami ciągną się gigantyczne akwaria, w których pływają... ależ tak, to rekiny.

Minąwszy te wielkie akwaria, dochodzimy do korytarzyka, w którym znajduje się wejście do ogrodu. Ogródek nie jest wielki, ale bardzo urokliwy. Na środku znajduje się staw, ponad którym przechodzi mostek. A w stawie śmigają połyskliwe, czerwone, żółte i pomarańczowe rybki wielkości karpia. Tabliczki objaśniają, że jest to ozdobna japońska odmiana karpia.

Wracamy do wnętrza budynku. Przed wejściem do kolejnej części Podwodnego Świata znajduje się napis informujący o zakazie fotografowania. Trochę szkoda, że nie można tu robić zdjęć, ale chodzi podobno o życie delikatnych stworzeń, które blask fleszy mógłby doprowadzić do przedwczesnej śmierci. Widzimy, że niektórzy turyści ignorują ten zakaz, ale my nie pójdziemy w ich ślady - szanujemy życie w każdej postaci.

W akwariach, które nas otaczają, widzimy przepiękne fragmenty żywej rafy i cudownie kolorowe ryby. Nie tylko jednak ryby budzą nasze zainteresowanie: są tu także śliczne koniki morskie, niektóre o bardzo wymyślnych kształtach, ale także dość obrzydliwe langusty, a nawet zupełnie dziwaczne ogórki morskie przypominające pływające po dnie wypełnione piachem skarpetki.

W końcu doszliśmy do końca tych cudowności i minąwszy rząd sklepów z pamiątkami, wyszliśmy znowu na upał. Zbliżało się południe i skwar lał się z nieba jak z hutniczego pieca. W takich warunkach człowiek marzy, by zrzucić z siebie ubranie i zanużyć się w wodzie. A zatem pora pójść na plażę, zobaczymy, czy ich piasek jest tak złocisty jak na pocztówkach. Mijamy rząd budek i znajdujemy wąską uliczkę, która prowadzi w kierunku morza. Wcześniej dochodzimy jednak do ośrodka wypoczynkowego z niewielkimi drewnianymi domkami. To miejsce nie sprawia zbyt przyjaznego wrażenia, zwłaszcza, że dookoła walają się reszki cementu. Na nasz widok jacyś ludzie siedzący przed wejściem do ośrodka wołają do nas, proponując nocleg. Dziękuję za ich propozycję, wyjaśniam, że chcemy tylko pochodzić po plaży. Jest tu też wypożyczalnia motocykli. Jej właściciel również oferuje nam swoje usługi, ale nie jesteśmy zainteresowani. I wreszcie jest morze! Mijamy ostatnie domki i wychodzimy na plażę. Wygląda na to, że ośrodek, przez który przeszliśmy, to ostatni ośrodek na tej plaży. Po prawej stronie plaża kończy się skałą, sprawiającą wrażenie dość trudno dostępnej. Za to po lewej ciągnie się złota piaszczysta plaża Pantai Tengah. I rzecz ciekawa - kompletnie nie ma tu ludzi. Dwieście metrów dzieli nas od kilku zanurzonych w morzu sylwetek. Na górze, przy ośrodku, przez który przeszliśmy, kilka osób leży na leżakach pod palmami. Wygląda to wszystko naprawdę idyllicznie. Może są gdzieś piękniejsze plaże, ale nam trudno w to uwierzyć, skoro znamy tylko niemiłosiernie zatłoczone plaże Morza Śródziemnego, gdzie ciężko przejść kilka kroków, by nie zawadzić o jakiś rozłożony na piasku koc. A tu? Tu jest tak cudownie pusto.

Widoki są bardzo piękne. Po drugiej stronie zatoki, za niebiańsko błękitnym morzem, widać kolejne wystające z wody wysepki. Nie są specjalnie duże z wyjątkiem jednej, dość odległej od nas, która majaczy gdzieś po lewej stronie. Za to prawej widzimy, jak zatoka łagodnie zakręca. Na całej jej długości złoci się piasek i zielenią palmy. Równina ustępuje górom ku północy.

Idziemy na spacerek wzdłuż plaży. Plaża usiana jest muszelkami. Nie trzeba specjalnie szukać, wystarczy pochylić się i już ma się w rękach jakąś ciekawą zdobycz.

Mijamy ośrodek, przez który przeszliśmy, idąc na plażę. Za nim trwa budowa - tam, gdzie kończy się plaża, widzimy ogrodzenie z blachy, a za nim widać coś, co może być dźwigiem budowalnym. I znowu dochodzimy do kolejnego ośrodka - małe drewniane domki między palmami, a ludzi prawie nie ma. W cieniu palmowych liści stoją krzesła i leżaki, ale większość jest pusta.

Zastanawiamy się, gdzie by się tu rozłożyć, ale jakoś dziwnie by nam było zajmować leżak należący do ośrodka, w którym nie mieszkamy, a na położenie się na zalanej słońcem plaży jakoś nie mamy ochoty. Przydałoby się trochę cienia.

Dochodzimy do końca plaży. Tu także jest skała - wygląda jednak na to, że przejście po niej na drugą stronę jest możliwe. Właśnie idą po niej jacyś ludzie - białe twarze, dawno ich nie widzieliśmy.

Wspinamy się za nimi po skałach, poniżej niewysokie fale łagodnie szumią, rozbijając się o kamienie. Po drugiej stronie skał znajdujemy to, o czym marzyliśmy. Nie ma żadnych ośrodków, a plaża wcina się łagodnie w głąb wzgórza. W cieniu krzewów rozkładamy ręczniki. Nacieram swoją wrażliwą skórę kremem do opalania i idziemy do wody. A spod naszych nóg uciekają zwinne jak błyskawica stworzenia: dopiero po chwili uzmysławiamy sobie, że są to małe szare kraby. Zauważamy również, że w piachu są wykopane norki - to chyba mieszkanka tych stworzeń. Ale fajnie!

Wskakujemy do wody. Jest przyjemnie chłodna, ale nie zimna. Ciekawi mnie, czy w piachu są zagrzebane jakieś muszelki. Przesuwam ręką po dnie i wyławiam muszlę. Jest bardzo piękna, ma formę stożka, ale... chyba ma lokatora. I to raczej nie ślimaczka, bo ślimaki nie mają szczypiec. Pokazuję znalezisko Małgosi i ponawiam łowy. I znowu jest. I znowu. I znowu. Wygląda na to, że muszelek jest tu bez liku, a w każdej mieszka sobie krabik.

Woda tętni życiem, bo obok nas przepływają morskie rybki. Niestety meduzom też tu się chyba podoba, bo kilka razy podczas kąpieli czujemy ich dotyk. Na szczęście ból szybko mija, tutejsze meduzy nie są szczególnie groźne.

Bawimy się krabami w muszelkach, starając się skłonić je do opuszczenia kryjówki. Wyciągamy je na brzeg i z zainteresowaniem patrzymy, jak ciągną po piasku swoje muszle. Zabawy te trwają dość długo, w końcu czujemy, że na dzisiaj dość już mamy słońca.

Wracamy. Mijamy skałę i dostrzegamy wyrzucone na brzeg zwłoki wielkiej meduzy. Jest naprawdę ogromna, ma może z 40 centymetrów średnicy. Obok niej przystaną jakiś turysta. Rzeczywiście jest się czemu przyglądać.

Przy jednym z ośrodków zobaczyłem ludzi siedzących na krzesełkach w cieniu parasola przeciwsłonecznego. Obok nich stała plansza reklamowa oblepiona zdjęciami, których z tej odległości nie byłem w stanie dokładnie zobaczyć. Domyśliłem się, że pewnie jest to placówka jakiegoś biura podróży. Małgosia nie chciała tam iść, więc zostawiłem ją na plaży i podeszłem do parasola.

Nie było to jednak to, o czym myślałem. Najwięcej miejsca pośród zdjęć zajmowały ilustracje zabiegów leczniczych. Podstawową techniką leczniczą były zaś masaże różnych części ciała. Gdy przyjrzałem się bliżej, na planszy reklamowej zobaczyłem też zdjęcie łodzi motorowej z podpisem "speed boat". Może zatem jednak nie wszystko stracone?

Pochodzę zatem do parasola i pytam siedzącego pod nim człowieka o rejsy na Pulau Payar. Wygląda na to, że nie trafiłem źle, bo ucieszony człowiek - chyba faktycznie nie miał dzisiaj klienta - mówi, że oczywiście zajmuje się pośrednictwem. Prosi, bym usiadł, i dzwoni z telefonu komórkowego - po zakończeniu rozmowy zaś oświadcza, że mogę popłynąć już jutro. Pytam o cenę za dwie osoby. Człowiek mówi, że da mi specjalną cenę - 150 ringittów. Brzmi to faktycznie nieźle. Liczyłem się z większym wydatkiem. Zgadzam się zatem chętnie. Człowiek wyciąga telefon i znowu dzwoni do swojego wspólnika, który ma przyjść, by wypisać stosowny rachunek. Czekając gawędzimy. O dziwo, Malezyjczyk twierdzi, że słyszał, iż w Polsce są bardzo dobrzy piłkarze. Wyjaśniam, że może kiedyś tak było, ale polscy piłkarze grają bardzo kiepsko. Przychodzi mi przy okazji do głowy, że w sumie poziom gry takiej drużyny piłkarskiej to dość względna sprawa. Nie pamiętam, bym słyszał o sukcesach piłkarskiej reprezentacji Malezji, więc może - w porównaniu z nią - polska reprezentacja nie jest aż tak fatalna, za jaką ją uważam.

Rewanżuję się opowieścią o zimie, wychodząc z założenia, że w tym klimacie musi być to niewątpliwie pasjonujący i egzotyczny temat. W końcu przychodzi wspólnik i wypisuje kwitki, daje mi 2 duże niebieskie naklejki z napisem "Coral Island" i mówi, że mamy je sobie nakleić na ubraniu i czekać w holu hotelu nazajutrz o 8:40. Podkreśla długopisem numer telefonu na pieczątce i prosi, by dzwonić pod ten numer w razie problemów. Mam nadzieję, że problemów nie będzie, ale biorę kwit i naklejki, żegnam się ładnie - i wracam do Małgosi. Trochę te wszystkie czynności zajęły mi czasu - chyba z 20 minut. Ja siedziałem sobie w cieniu, a Małgosia się smażyła w pełnym słońcu. Ale Małgosia nie skarży się, bo zajęła się sobą, zbierając muszelki.

Wracamy pod budynek Underwater World, słusznie domyślając się, że łatwo nam tam będzie złapać taksówkę.

Proszę taksówkarza o podwiezienie na pocztę i dowiaduję się strasznej prawdy: poczta jest czynna tylko do 16, a jest już kwadrans po czwartej. Źle się stało, że nie zdążyliśmy dzisiaj wysłać naszych kartek, bo jutro jedziemy na Pulau Payar i też nie będziemy mieli szansy, by to zrobić.

Po drodze wypytuję taksówkarza o Hotel Central i dowiaduję się, że teraz hotel ten nazywa się Eagle Bay Hotel. A więc wszystko się wyjaśnia, bo oczywiście widziałem hotel o takiej nazwie podczas naszych wczorajszych spacerów wokół meczetu.

Po przyjeździe do Kuah przebieramy się szybko w pokoju i idziemy coś zjeść.

Wybieramy jedną z budek na placu przed hotelem. Biorę sobie jakieś kalmary, Małgosia też nabiera na talerz kalmary, a ponadto coś, co wygląda jak flaczki. Kalmary są chyba dość drogie, bo płacimy za nasz posiłek 10 ringittów. Jedzenie jest tym razem średnio smaczne - kalmary trochę twarde, co biorąc pod uwagę brak noża (jak wcześniej wspomniałem w Malezji je się łyżką i widelcem), jest istotnym utrudnieniem.

Ogólnie, mamy dość tych budek pod hotelem. Co prawda, jedzenie tu jest tanie, a nawet całkiem niezłe, ale budki sprawiają wrażenie obskurnych i mało higienicznych. Stoliki są brudne, a poza tym śmierdzi w tym miejscu odpadkami. Trzeba by poszukać bardziej przyjemnych miejsc.

Dzisiaj jest nocny targ i wieczorem wybieramy się na zakupy. Już z daleka widzimy rozłożone wzdłuż rzeki stragany i tłumy chodzących między nimi ludzi. Nas najbardziej interesują owoce, niemniej ciekawe są jednak warzywa - pewnych odmian zieleniny nie sposób w żaden sposób nazwać. Nie mamy pojęcia, czym są te wszystkie listki i łodyżki, ale korzenie także nie wyglądają znajomo. Domyślamy się, że niektóre spośród nich to maniok, taro lub jam, ale właściwie nie wiemy dokładnie co. W hotelu mamy książkę o owocach egzotycznych. Może tam uda nam się znaleźć na ilustracjach te wszystkie dziwactwa.

Kupujemy karambolę, która pojawia się, co prawda, w naszych marketach, ale jest dość droga, więc jej dotąd nie jedliśmy, podłużne owoce, co do których nie mamy pewności, czy zakwalifikować je jako mango czy papaję, oraz dziwaczne brązowe twarde kulki na zdrewniałych łodygach. Pytam sprzedawcę, co to jest, a on odpowiada, że... oczy. Znacznie później dowiemy się, że owoc ten nosi nazwę "longan".

Poza tym za jedyne 10 ringittów Małgosia kupuje sobie buty - zwykłe, na niskim obcasie, ze skórki - próżno by szukać w Polsce takiej okazji. Nie tylko ze względu na cenę, ale także fason - nasze sklepy lubują się w modnych nowinkach: szpilkoklapkach, sandałach z kopytem i innych okropieństwach.

Odnajdujemy również dziwne stoisko, na którym wystawiony jest pewien owoc, który wydaje nam się znajomy. Sądzimy, że jest to durian - przepyszny, lecz obrzydliwie cuchnący przysmak tego rejonu Azji. Ale wcale wokół niego nie śmierdzi. Za to obok leży stosik styropianowych szczelnie zamkniętych pojemników. Gdy podchodzi jakaś klienta, sprzedawca demonstruje zawartość - to jakaś potrawa z ryżem. Najwyraźniej jest to durian, ale już przetworzony. Dlatego rezygnujemy z kupowania, mamy zresztą nadzieję, że uda nam się nabyć ten owoc później.

W hotelu konsumujemy naszą zdobycz. Okazuje się, że podłużne owoce to mango. Są bez porównania smaczniejsze od tych, które można kupić w polskich marketach. Przede wszystkim te polskie są twarde i niezbyt słodkie, chyba transportuje się je do Polski jako niedojrzałe ze względu na możliwość uszkodzenia podczas transportu. I niestety w takiej postaci trafiają do sprzedaży. Longany mi smakują, ale Małgosia nie jest zachwycona, dla niej te owoce są zbyt słodkie. Karambola przypomina w smaku papierówkę. Nie jesteśmy smakoszami tej odmiany jabłek, więc zgadzamy się, że z karambolą nie polubimy się zanadto.

Małgosia ogląda owoce

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 Następna strona