Kuala Lumpur-Alor Star, 19.01.2004

Zbliżamy się do lądowania w Kuala Lumpur. Z okien samolotu niewiele jeszcze widać. Jest świt i głębokie cienie nie pozwalają nam dokładnie przyjrzeć się powierzchni ziemi. Możemy tylko domyślać się, że jest tu dużo lasów.

Dworzec lotniczy jest gigantyczny i supernowoczesny. Jeśli Okęcie przy Rzymie to grajdołek, to czymże jest Okęcie przy Kuala Lumpur? To tak, jakby porównywać budkę z desek z nowoczesnym biurowcem, takim z klimatyzacją.

Tutaj również do przemieszczania się między terminalami służy naziemna kolejka. Dojeżdżamy nią do głównego terminala. Znaki kierują nas do okienek, przy których czekają urzędnicy służb imigracyjnych. Małgosia idzie do jednego okienka, ja do drugiego. Pan ogląda stemple w moim paszporcie. Nie wiedzieć czemu, wnikliwie przygląda się mojej wizie tureckiej. W końcu wyciąga w górę rękę i mówi - nieco rozbawionym tonem - do koleżanki z sąsiedniego okienka coś w rodzaju: "Polonie". Widać nieczęsto oglądają tu gości z Polski. Potem zaś wbija wielką prostokątną pieczątkę. Po zakończeniu kontroli przeczytałem na niej, że dostałem właśnie zezwolenie na trzymiesięczny pobyt w Malezji. O, gdybym tylko mógł pozwolić sobie na trzymiesięczny urlop!

Odbieramy nasze bagaże. Co za ulga! Nie zgubili ich. Nie są nawet specjalnie zdewastowane. Nie jest źle.

Pakujemy zimowe kurtki i buty do plecaków. W tym klimacie nie będą nam potrzebne. Żegnamy się z polską zimą na dwa tygodnie.

Podczas gdy Małgosia czeka przy taśmie, na której przesuwają się bagaże innych pasażerów, ja odchodzę wypłacić miejscowe pieniądze z bankomatu. Idąc przez hol do taśmy, widziałem gdzieś z boku bankomkat. Ciekawe, czy przetrawi moją Visę Electron wystawioną przez Inteligo. Ha, jednak sztuka się udała. Cóż za oszałamiający sukces międzynarodowego systemu bankowego.

Wychodzimy z sali przylotów do głównego holu budynku. Rzucają się na nas taksówkarze. Spadać na drzewo! Czy ja wyglądam na milionera? Jeszcze w Polsce wydrukowałem sobie ściągniętą z Internetu instrukcję dojazdu z lotniska do Kuala Lumpur. Nie jest to zresztą takie banalne zadanie, bo lotnisko jest tak naprawdę ładnych kilkadziesiąt kilometrów od stolicy.

Zależy nam na tym, by możliwie szybko dotrzeć do Kuala Lumpur i dworca autobusowego Puduraya. Stamtąd mamy ruszyć w dalszą drogę. Najszybsze rozwiązanie do KLIA Express lub KLIA Transit - ekspresowe kolejki łączące centrum Kuala Lumpur z lotniskiem. Niestety, ten środek transportu jest szybki, ale także bardzo drogi. Cena jest porównywalna z ceną taksówki.

Jest też jakiś autobus lokalny, którym jedzie się do stacji kolejki podmiejskiej o dźwięcznej nazwie Nilai. Ze stacji tej odjeżdżają często pociągi do stolicy. Ale czytałem, że taka podróż trochę trwa, a nam zależy na czasie.

Na szczęście istnieją także tak zwane autobusy ekspresowe zapewniające szybki dojazd z lotniska do miasta, a ich cena jest dość umiarkowana. Jedna linia łączy lotnisko z nowym dworcem autobusowym Hentian Duta. Nie udało mi się jednak znaleźć w żadnych źródłach informacji, czy na dworcu Hentian Duta jest jakaś przechowalnia bagażu. A ta sprawa jest dla nas ważna, bo nie ma sensu wozić ze sobą po całej Malezji zimowych płaszczy i butów. Trzeba pozbyć się zbędnych kilogramów z plecaków.

Jest jeszcze autobus ekspresowy na stację kolejki LRT (to taka szybka naziemna kolejka miejska zapewniająca sprawną komunikację w obrębie Kuala Lumpur) Chan Sow Lin. Wiem z planu miasta, że można stamtąd dojechać do stacji Plaza Rakyat, która mieści się gdzieś obok starego, ale ciągle wykorzystywanego dworca Puduraya. Ale gdzie ten autobus ma właściwie przystanek? Logika każe sądzić, że gdzieś na dolnym poziomie lotniska.

Zjeżdżamy zatem ruchomymi schodami na parter. Wychodzimy na zewnątrz, bucha na nas skwar. Będzie z 30 stopni w cieniu, a jest dość wczesny ranek! Prawdziwy tropik. Tylko że spodziewaliśmy się, czytając w Internecie opisy podróży innych ludzi, że będzie bardzo wilgotno. Wilgotno może jest, ale większa wilgotność jest w niektórych miejscach nad Morzem Śródziemnym.

Na podjeździe stoją jakieś autobusy. Niepewnie je oglądamy. Wyglądają na wycieczkowe, a to nie jest to, czego szukamy.

Wracamy do budynku. Znajduję za kontuarem pracownika lotniska, który ze styropianowej tacki wcina smażony makaron. Zagaduję grzecznie po angielsku. Pytam się o autobusy ekspresowe. Pan grzecznie odpowiada, mówi, że naprzeciwko budynku jest parking ("taki budynek, cały w kwiatach" - parking w kwiatach? hmmm). Tam właśnie na parterze ma podobno znajdować się dworzec autobusów ekspresowych.

Znowu wychodzimy na skwar i przechodzimy obok autobusów wycieczkowych stojących na podjeździe. Naprzeciwko terminalu dworca lotniczego dostrzegamy budynek w kwiatach, więc wchodzimy do środka przez wjazd dla samochodów. Rzeczywiście widać jakieś perony dla autobusów, ale samych autobusów nie ma. Przez oszklone drzwi wchodzimy do poczekalni. Idę do kasy i pytam kasjerkę, kiedy będzie najbliższy autobus do stacji metra Chan Sow Lin. Ta grzecznie odpowiada, że autobus odjeżdża za chwilkę. Odjeżdża? Ale gdzie jest autobus? Mówię sobie w duchu, że skoro odjeżdża, to znaczy, że gdzieś jest. Kupuję bilety (15 ringgitów sztuka) i rozglądam się po poczekalni. Naprzeciwko drzwi, przez które weszliśmy, są kolejne przeszkolone drzwi. A przy nich stoi jakiś miejscowy. Był to pracownik dworca, który - gdy mu zadałem pytanie - wskazał mi stojący po drugiej stronie drzwi autobus.

Wsiadamy, a kierowca zamyka za nami drzwi i już po chwili mkniemy szeroką drogą, oddalając się od lotniska. Wygląda na to, że zdążyliśmy w ostatniej chwili. Gdybyśmy spóźnili się chociaż trochę, musielibyśmy na kolejny autobus czekać aż godzinę, bo odjazdy są dosyć rzadkie. Z drugiej jednak strony gdybyśmy się spóźnili, zapewne zdecydowaliśmy się na inny środek transportu, by dojechać do centrum Kuala Lumpur. Śpieszyliśmy się, by zdążyć przed zmrokiem do Alor Star.

Autobus mknie autostradą. Słońce praży, ale w pojeździe jest dość chłodno. Działa klimatyzacja. Po obu stronach drogi ciągną się gaje palmowe. Nie jakieś pojedyncze drzewa - jak w Tunezji czy w Turcji, ale całe plantacje okazałych palm. Trudno uwierzyć, że u nas w Polsce panuje właśnie sroga zima. Z mijanych billboardów uśmiechają się do nas twarze ludzi o skośnych rysach. Na plakatach pojawia się całkiem sporo angielskich napisów. Na lotnisku także wszyscy nas rozumieli i nie mieliśmy żadnych problemów z komunikacją. Nie jest źle.

Przyglądamy się samochodom jadącym po autostradzie. Większość wygląda dla nas nieco egzotycznie. Kształty nowoczesne, ale modele zupełnie nie spotykane w Europie. Zdecydowana większość została najwyraźniej wyprodukowana przez firmę Proton. To chyba tutejszy odpowiednik naszego FSO?

Mijamy domy. Chyba mieszkalne, bo architektura tych osiedli trochę przypomina polskie blokowiska, ale dlaczego mają po 30 pięter? Zaczynają się też korki. Z przewodnika wiemy, że w Kuala Lumpur ruch uliczny nie odbywa się, mówiąc łagodnie, specjalnie płynnie, więc korki nas nie dziwią.

Teren jest nieco pofałdowany. Gdy wyjeżdżamy zza jednego ze wzgórz, widzimy nagle odległe wieżowce. A wśród nich coś, co niewątpliwie musi być dwoma wieżami Petronas Towers - najwyższego zbudowanego przez człowieka budynku. Nad miastem góruje także ogromna wieża telekomunikacyjna - szpila zwieńczona spłaszczoną kulą. Wydaje nam się, że może być nawet wyższa niż Petronas Tower. To tak zwana Manora, nosząca także miano Kuala Lumpur Tower.

W końcu autobus zjeżdża z autostrady. Zagłębiamy się między jakieś zapuszczone domki. To chyba warsztaty lub magazyny? Całość sprawia wrażenie terenów przemysłowych. Po przejechaniu kilkuset metrów autobus zatrzymuje się. Wysiadamy, a na przystanku tłoczą się już ludzie, którzy chcą jechać na lotnisko.

Zgodnie z informacjami, które znalazłem w Internecie, podróż miała trwać 40 minut, a tak naprawdę zajęła nam godzinę z kwadransem. Pewnie to wina tych korków. W każdym bądź razie czuję, że jesteśmy w pewnym niedoczasie. Przed wyjazdem z Polski znalazłem w Internecie wiadomość, że autobus do Alor Star odjeżdża o 10:00. Na ten autobus na pewno już nie zdążymy. Pocieszam się myślą, że zgodnie z informacjami zawartymi w przewodnikach w Malezji działa mnóstwo firm przewozowych i na najważniejszych kierunkach autobusy jeżdżą bardzo często. Pewnie uda nam się znaleźć inny autobus.

Zostaliśmy wysadzeni z autobusu na przystanu znajdującym się naprzeciwko schodów, a u góry widać perony. A więc tak wygląda ta naziemna kolejka elektryczna, którą można szybko poruszać się w obrębie miasta? W przewodniku wyczytałem, że w Kuala Lumpur - prócz tradycyjnego podziemnego metra - jest kilka takich kolejek. Co ciekawe, zarządzane są przez różne firmy. To się nazywa zdrowa konkurencja!

Wchodzimy po schodach. Obok bramek zagradzających nam drogę znajdujemy kasy. Za kontuarem, oddzielone od nas szybą, siedzą kobiety w chustach. W końcu to muzułmański kraj, więc trudno się dziwić, że zakrywają sobie włosy. Dwa bilety na stację Plaza Rakyat kosztują jakieś 3 ringitty.

Przechodzimy przez bramkę. Bilet do metra to sztywna tekturka z paskiem magnetycznym, przypominająca nieco naszą kartę telefoniczną. Wkłada się ją do odpowiedniego otworu w bramce. Po chwili bramka wypluwa bilet z innego otworu. Trzeba go wziąć i można iść dalej. Ale co z tym kartonikiem zrobić? Wygląda na to, że trzeba wziąć go ze sobą - wszyscy tak tu robią.

Wchodzimy na mostek łączący perony jadących w przeciwnych kierunkach wagoników. Na wszelki wypadek pytam kręcącego się w pobliżu pracownika, na który peron mamy iść. I już po chwili wsiadamy do nowoczesnego i lśniącego czystością wagonika. Ludzie patrzą się na nas z zaciekawieniem. Kobiety w chustach, Chinki bez chust, jakiś Hindus. Biali ludzie z wielkimi plecakami? Gdybym w tramwaju we Wrocławiu zobaczył Murzyna z takimi pakunkami, też pewnie bym zerkną na niego z zainteresowaniem.

Jedziemy trzy czy cztery stacje, gdy męski głos zapowiada, że następna stacja to Plaza Rakyat. Gdy wagoniki zatrzymały się, wysiedliśmy i podeszliśmy do rzędu bramek. Podpatrując współpasażerów, włożyliśmy bilety do odpowiedniego otworu w bramce, urządzenie połknęło bilety i pozwoliło nam przejść dalej.

Niesieni przez tłum podążamy prowizorycznym mostkiem okrytym blachą falistą. Małgosia dostrzega jaszczurkę wygrzewającą się na słońcu tuż obok mostka na trawce. Widomy znak, że jesteśmy niemal na równiku. Przyroda buzuje.

Mostek się kończy i nie bardzo wiadomo, gdzie teraz iść. Plan miasta, który mam w przewodniku, nie jest szczególnie dokładny. Dworzec jest gdzieś obok, ale gdzie?

Po drugiej stronie niewielkiej uliczki, na którą wyszliśmy, jest jakiś wielki budynek o wyglądzie bunkra. Sporo ludzi podążających ze stacji kolejki otwiera niewielkie drzwi i wchodzi do środka. Może warto by sprawdzić, co tam jest?

Wchodzimy za nimi do wnętrza budynku i nagle otacza nas rozgardiasz. Idziemy wąskim korytarzem, a po obu stronach są kasy. Nad każdą wisi nazwa firmy, a kolorowe naklejki na szybach zawierają nazwy malezyjskich miast: Ipoh, Alor Star, Melaka, Johor Baru. Pracownicy przekrzykują się, zachęcając przeciskających się korytarzem ludzi do kupowania biletów. Wołają do nas: "where are you going, sir?".

Na jednej ze stron internetowych widziałem nazwy firm, których autobusy jeżdżą do Alor Star. Wyławiam spośród tego gąszczu znajomą nazwę firmy. Na szybie rzeczywiście jest naklejka z napisem Alor Star. W środku siedzi młoda kobieta sprawiająca wrażenie osowiałej. Wcale nas do niczego nie zachęca. Pytam o autobus do Alor Star. Kobieta podnosi wzrok. Mówi, że będzie jechał o 11. Upewniam się, że chodzi o 11 rano. Przezorny zawsze ubezpieczony. Patrzę na zegarek - jest kilka minut po 10. Czeka nas godzinne czekanie, ale godzina to w końcu niewiele. Kupuję bilety (26 ringittów sztuka).

Teraz warto by było znaleźć jeszcze przechowalnię bagażu. Pytam kasjerkę, ale ona chyba nie rozumie, o co mi chodzi. Powtarzam pytanie, pokazuję na plecaki. Kobieta pokazuje na migi, że mogę zostawić je w kantorku. Nie o to chodzi przecież, ale czuję, że się z nią nie dogadam. Dziękuję skinieniem głowy i odchodzę. Idziemy korytarzykiem. Proszę Małgosię, żeby uważała, bo tłok jest tu straszny. A takie warunki pracy idealnie odpowiadają kieszonkowcom. W Internecie czytałem list gościa, któremu zwinęli tutaj portfel.

Wychodzimy do holu. Tu także gęsto jest od ludzi. Na chybił-trafił skręcam w lewo. Hol jest zabudowany jakimiś straganami. Większość to sklepiki z żywnością. Gdzież jest ta przechowalnia? Wyglądam chyba na nieco zdezorientowanego, po podchodzi do mnie jakiś człowiek i pyta po angielsku, w czym mógłby mi pomóc.

-Oho, chcesz pomóc? Pewnie masz jakiś interes - myślę sobie, a rękę kładę na kieszeni, w której mam portfel. Mam nadzieję, że nie jest to złodziejaszek, ale po prostu naciągacz.

Pytam o przechowalnię, ale gość mówi, że nie wie, gdzie jest przechowalnia, natomiast może mi wskazać znajdujący się niedaleko hotel, w którym będę mógł się odświeżyć. To ja już wiem, jaki interes gość chce ze mną ubić. Niech spada na drzewo. Dziękuję i odchodzę.

Skręcamy przy końcu holu znowu w lewo Przechodzimy obok alejki z wystawionymi krzesełkami i dość niechlujnymi plastikowymi stołami. Czuć jedzeniem, widać, że wewnątrz są garnki z potrawami. Sklepikarki zachęcają do skosztowania tych egzotycznych specjałów. Ale nie jesteśmy głodni i mamy na głowie zupełnie inną sprawę.

I wreszcie dostrzegamy, jak na końcu alejki młodzi ludzie wręczają plecaki młodemu Chińczykowi (Małgosia twierdzi, że to był Malaj), który stoi za kontuarem. A za nim znajduje się rząd szafek. Jest! Trafiliśmy!

Podchodzę i pytam go dla pewności, czy rzeczywiście możemy zostawić tu nasze bagaże i ile kosztuje przechowanie. Coś tam ściemniam bez sensu o zimie w Polsce i grubych płaszczach. Nie wiem, czy Chińczyk cokolwiek rozumie, ale chyba tak, bo śmieje się. Mówi, że przechowanie kosztuje 3 ringitty dziennie. Czyli tyle, ile usługa ta miała kosztować zgodnie z informacjami, które wcześniej znalazłem w Internecie.

Wyciągam z plecaka przygotowaną specjalnie na tę okoliczność dużą foliową torbę. Wrzucamy do niej zimowe płaszcze i buty, a całość obwiązujemy sznurkiem. Dajemy pakunek Chińczykowi, który wypisuje tymczasem kwit na samokopiującym się papierze. Podaje mi go, a ja wpisuję nazwisko i numer paszportu we wskazanych mi miejscach. Chińczyk przekazuje mi jedną kopię kwitu i coś tam mówi o 3 ringittach. Pewnie chce zapłaty za pierwszy dzień z góry. Udaję, że nie rozumiem, o co chodzi, co przychodzi mi o tyle łatwo, że jego angielszczyzna jest dość kiepska. Odpowiadam, że wiem, że przechowanie kosztuje 3 ringitty dziennie. Odwracam się i odchodzę. Chińczyk coś tam jeszcze woła do mnie, ale konsekwentnie udaję, że nie wiem, o co mu chodzi. Wolę nie wyciągać tutaj portfela. Na swoje wyjdzie, odpowiednio podliczy mnie, gdy za niespełna dwa tygodnie wrócimy tutaj odebrać nasze rzeczy.

Czas najwyższy zobaczyć, co słychać na zewnątrz dworca. Zaglądamy przez otwarte drzwi. Tłum ludzi i samochodów. Żar. Wracamy zatem do holu. Wejścia na perony to okolone balustradką schody prowadzące gdzieś w dół. Schodzimy, żeby zobaczyć, jak wygląda taki peron. Okazuje się, że cały budynek dworca jest zbudowany nad ogromnym podziemnym parkingiem zapełnionym autobusami. Smród spalin drażni gardło, jest tu brudno i hałaśliwie. Wracamy na górę.

Znajdujemy sobie miejsce gdzieś w holu. Siadamy i oglądamy z ciekawością przechodniów. Obok nas przechodzą Malajowie, Chińczycy i Hindusi. Odziane w sari Hinduski z trzecim okiem na czole. Malajskie kobiety w chustach. Para młodych Chińczyków przytula się do siebie obok nas. Istna wieża Babel. Mozaika etniczna i językowa. Później przekonaliśmy się, że tak właśnie wygląda cała Malezja.

W końcu, gdy do 11 został jeszcze tylko kwadrans, idziemy na nasz peron, by sprawdzić, czy stoi na nim już nasz autobus. Autobus już czeka. Młody człowiek kontroluje nasze bilety. Chowamy plecaki do luków bagażowych, wsiadamy i zajmujemy wskazane na bilecie miejsca. Schodzą się ludzie. Nagle powstaje jakieś zamieszanie z biletami. Czyżby komuś sprzedali zdublowane miejsca? Na to właśnie wygląda. Nie jest to na szczęście nasz problem. W końcu z piętnastominutowym opóźnieniem autobus rusza. Kątem oka dostrzegam, że na jednym z peronów wisi reklama autobusów do Kuala Selangor. Warto zanotować sobie ten fakt w pamięci. Kuala Selangor znajduje się w naszym planie podróży.

Przed nami siedmiogodzinna jazda na północ kraju. Przewodniki ostrzegają przed klimatyzacją w malezyjskich autobusach, więc na wszelki wypadek włożyliśmy swetry do małego plecaczka podręcznego, ale wcale nie jest zimno.

Obok kierowcy położył się pracownik firmy przewozowej. Jak mogliśmy również później zaobserwować, załoga autobusu w Malezji jest przeważnie dwuosobowa - kierowca i pomocnik, pełniący także niekiedy funkcję konduktora.

Chce nam się okropnie spać, więc gdy autobus przeciska się przez zatłoczone ulice stolicy, Małgosia usypia na moim ramieniu. Ja także wkrótce idę w jej ślady.

Nie śpię jednak dobrze. Co pewien czas budzę się. Jedziemy autostradą. Po obu stronach znajdują się wzgórza, a gdzieś na wschodzie, po mojej prawej ręce widać niezbyt odległe góry. Wszędzie bujnie zielenią się palmy. Nagle widzę rzekę, przywodzącą na myśl filmy o Wietnamie. Ciemna zieleń zarośli, zakola, w które wdziera się woda, świecące czernią łachy błota. Obudziłbym Małgosię, ale tak słodko śpi.

Nagle autobus staje. Znajdujemy się na parkingu, który został tu chyba wybudowany specjalnie z myślą o pasażerach autobusów. Obok parkingu stoją duże murowane budynki - to toalety. Idziemy rozprostować kości. Mija 10 minut i ruszamy dalej.

Po pewnym czasie znowu zjeżdżamy z autostrady. Podjeżdżamy pod niski budyneczek, przed którym stoją zaparkowane autobusy różnych firm przewozowych. Spośród wielu napisów wyławiam "Muslim food". Przerwa obiadowa? Miły zwyczaj, rzeczywiście pora chyba coś zjeść. Pytam na wszelki wypadek pomocnika kierowcy, czy to przerwa na lunch. Chyba nie rozumie, o co mi chodzi, ale uśmiecha się i wskazuje na przeszklone wnętrze budynku.

Wchodzimy do środka. Lokal wygląda trochę jak nasza stołówka - mnóstwo niezbyt czystych i nie grzeszących elegancją stolików. Ludzie siedzą i jedzą bliżej nieokreślone potrawy. Podchodzimy do miejsca, gdzie wyłożono pojemniki z jedzeniem. O co tu chodzi? Ludzie chyba sobie sami nakładają na talerze, co im do głowy przyjdzie, ale skąd dostać ryż? O, jakaś pracownica bierze talerz, podnosi pokrywę garnka, nakłada ryż i daje człowiekowi stojącemu przy ladzie. Podchodzę do niej. Dzieczyna daje mi talerz, a ja biorę go i daję Małgosi, drugi zostawiam sobie.

A jedzenie? Pojemniki nie są podpisane. W jednych pływa jakiś sos. W innych spoczywają ryby i kawałki kurczaka. Nakładam sobie kurczaka i podlewam sosem. Idę po surówkę. Obok misek z gotowymi surówkami leżą stosy zieleniny. Jakieś liście? Ale czego? Nakładam sobie nieco jednej z surówek. Małgosia też bierze to i owo. Idziemy do kasy. Pani na kalkulatorze wybija cenę: 4 ringitty? Za 2 obiady? Rewelacja.

Sztućce leżą w pojemnikach przy kasie. Ale tylko łyżki i widelce. Spoglądamy na salę. Wygląda na to, że je się tutaj albo palcami, albo łyżką i widelcem. A zatem bierzemy widelec i łyżkę i szukamy wolnego stolika.

Próbujemy po raz pierwszy malajskiego jedzenia, które sami sobie kupiliśmy. Dobre, ale pieeeekielnie ostre. Jemy, ale sami nie wiemy do końca co. Tajemnicze są zwłaszcza te liście, które występują w roli warzywka. Kończymy konsumpcję i wracamy do autobusu. Powoli zbierają się również inni ludzie. Niektórzy przynieśli ze sobą woreczki foliowe, w których widać pocięte w sześciany kawałki miąższu jakiegoś żółtego owocu. Czyżby melon? Nie dane nam będzie się tego dowiedzieć, bo autobus rusza i znowu wjeżdżamy na autostradę.

Po godzinie lub dwóch, gdy zgodnie ze drogowskazami jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od Butterworth - miasta, przez które wjeżdża się na wyspę Penang, autobus znowu zjeżdża na parking z toaletą. Ludzie rozłażą się. My również idziemy rozprostować nieco kości. Obok naszego autokaru stoi inny, całkiem pusty z kolorową reklamą jakieś firmy przewozowej na burcie. Ciekawe, czemu jest pusty?

Wracamy do autobusu i gdy siedzimy już wygodnie w fotelach przygotowani do ostatniego - chyba - etapu podróży, do środka wpada nie znany nam Hindus i coś krzyczy. Niektórzy pasażerowie wstają i wychodzą. Pośród innych słów wyławiam nazwę "Alor Star". Chyba chodzi o to, że pasażerowie jadący do Alor Star powinni wyjść z autobusu? Wysiadamy i wszystko staje się jasne. Pasażerowie wyciągają z luków bagażowych naszego autobusu swoje bagaże i idą do tego pustego, który stał na parkingu, zanim przyjechaliśmy.

Wsiadamy jako ostatni. Zostały nam siedzenia na samym końcu. Autobus jest nawet bardziej przestronny niż poprzedni - jest tu nawet toaleta. Tylko siedzenia są rozklekotane. Przed nami zajął miejsce jakiś Japończyk. Odwraca się i coś mówi. To chyba angielszczyzna, ale bardzo wątpliwa. Ciężko nam cokolwiek zrozumieć. W końcu domyślam się, że proponuje nam zamianę miejsc. Zdaje się, że miejsca na końcu autobusu nie uchodzą za specjalnie dobre. Kurtuazyjnie godzimy się na propozycję. Potem przez chwilę prowadzimy konwersację, ale ze względu na problemy komunikacyjne rozmowa zupełnie się nie klei.

Znowu jedziemy. Tym razem mamy jednak dodatkową rozrywkę: kierowca włączył wideo. Po ekranie przemykają hinduscy aktorzy. Mamy po raz pierwszy w życiu okazję zetknąć się z największą kinematografią świata. Silnik skutecznie zagłusza dialogi, ale widowisko i tak jest bardzo ciekawe - poznawczo. Film wygląda jak skrzyżowanie serialu brazylijskiego z musicalem. Oto bowiem po łzawej scenie gdzieś z boku wypada balet, kamera robi odjazd, wszyscy zaczynają tańczyć i śpiewać.

Mija godzina i znowu opuszczamy autostradę. Po obu stronach ulicy pojawia się coraz więcej domów - widomy znak, że zbliżamy się do miasta. Widać majaczącą w oddali wieżę telekomunikacyjną, wysoką, lecz znacznie niższą niż tą, którą widzieliśmy w Kuala Lumpur. Autobus skręca z drogi i wjeżdża na peron dworca autobusowego. Dworzec najwyraźniej znajduje się daleko od centrum, bo wieża telekomunikacyjna, która - jak wiem z przewodników - jest mniej więcej w centrum, wydaje się odległa o parę ładnych kilometrów. Trzeba się tam jakoś dostać.

Po wyjściu z autobusu niczym stado hien rzuca się na nas grupa taksówkarzy. Jakoś nie mam do nich zaufania. Wiem, w jaki sposób taksówkarze dworcowi oszukują podróżnych w Polsce. Zresztą taksówki to w każdym kraju najdroższa alternatywa. Istnieje z pewnością jakaś tańsza. Młodzi ludzie, z którymi jechaliśmy autobusem, pytają, dokąd chcemy dojechać. Odpowiadam, że do wieży zegarowej. Wiem, że Anglicy mieli zwyczaj w każdym większym mieście Malezji stawiać w centralnym miejscu taką wieżę. Jeśli tam się dostaniemy, to do wszystkich interesujących nas miejsc - i przede wszystkim do hotelu, bo zmęczenie po podróżach solidnie już dawało nam się we znaki - będzie już blisko. Ale młodzi ludzie pokazują nam na taksówkarzy. Chyba mają z nimi jakieś interesy. Niepewnie chodzimy dookoła dworca. Nigdzie nie widać czegokolwiek, co przypominałoby przystanek miejskiego autobusu. W końcu wracamy na peron i podchodzimy do kontuaru, za którym siedzi człowiek o wyglądzie urzędnika. To chyba ktoś w rodzaju kontrolera ruchu. Ciężko mu zrozumieć, gdzie chcemy się dostać. Pyta kolegów i w końcu pokazuje nam, że mamy zaczekać. A więc czekamy. Mija chwila i nadjeżdża czerwony stary odrapany autobus. Ma chyba z 40 lat. Kontroler ruchu wychodzi zza kontuaru, rozmawia chwilę z kierowcą i pokazuje nam, że możemy wsiadać. Życzliwy człowiek.

Do autobusu wsiada jeszcze kilku miejscowych, ale - ogólnie biorąc - w środku prawie nikogo nie ma. Ruszamy. Z fotela przed nami wstaje jakiś człowiek i zaczyna sprzedawać bilety miejscowym. Do nas podchodzi na końcu. Płacimy mu 2 ringitty, dostajemy bilety, a konduktor siada obok nas i zaczyna konwersację. Rozmawiamy o klimacie ("U nas jest zima, śnieg leży na ulicach", "U nas też jest zima, jak jest lato, to jest jeszcze cieplej niż teraz"), miejscowych atrakcjach (Muzeum Stanowe, do którego - niestety - nie mamy szansy zawitać, bo dzisiaj jest już nieczynne, a jutro rano powinniśmy pojechać na Langkawi, świątynie hinduskie, Meczet Stanowy, no i oczywiście wieża zegarowa). W końcu przystanek. Konduktor życzliwie macha do nas ręką, gdy gramolimy się z autobusu z naszymi plecakami. Na przystanku widzimy wielką reklamę firmy autobusowej oferującej połączenie z Kuala Kedah. Jutro mamy tam jechać, teraz wiemy przynajmniej, skąd odchodzi autobus.

Na planie miasta w przewodniku sprawdzam, gdzie są jakieś hotele. Wygląda na to, że gdy przejedziemy obok Meczetu Stanowego, znajdziemy dwa położone w niedalekiej odległości od siebie hotele. Jeden trochę wyższej klasy, drugi trochę niższej - ale też z klimatyzacją, a w przewodniku przy opisie tańszego autor napisał, że pokoje są czyste. W sumie to tylko jedna noc, więc chyba wystarczy nam ten tańszy.

W stronę Meczetu Stanowego idziemy najpierw chodnikiem. Potem musimy przejść przez ulicę. Nie jest to wcale łatwe. Wygląda na to, że instytucji przejścia dla pieszych tutaj nie znają. Tymczasem po ulicy niemal bez przerwy mkną samochody, a jeśli samochody znikną, to nagle, nie wiadomo skąd, pojawiają się dziesiątki mężczyzn jadących na hałaśliwych motorkach. Trzeba wiele cierpliwości, by przejść przez ulicę.

Skręcamy za Meczetem w wąską uliczkę. Panuje tu ogromny ruch. W tym mieście zapewne nie często goszczą turyści, bo ludzie jadący samochodami spoglądają na nas ciekawie, niektórzy machają nawet do nas. Starszy mężczyzna, jadąc na motorku, woła: "Welcome to Malaysia". Jakoś zaczynają mi się ci Malezyjczycy bardzo podobać. Nie ma tu ksenofobii, a zamiast niej jest życzliwość do obcych.

Mijamy pierwszy hotel: to ten bardziej luksusowy. Idziemy dalej i w końcu widzimy po drugiej stronie ruchliwej ulicy szyld: "Hotel Miramar". O dziwo, są tu nawet światła dla pieszych. Tylko dlaczego światło się nie zmienia i jest cały czas czerwone? Ubawieni motocykliści pokazują nam, żebyśmy przechodzili. Jak będziemy mieli okazję jeszcze wielokrotnie się przekonać, piesi w Malezji powinni starać się przechodzić przez ulicę, gdy tylko jest to możliwe, a nie wtedy gdy pali się zielone światło. Dodatkową komplikacją jest ruch lewostronny. Głowa odwraca się odruchowo to w jedną, to w drugą stronę - ale jakoś nie w tą właściwą. Dysonans związany z ruchem lewostronnym sprawia trochę komplikacji i jest irytujący.

Wchodzimy do holu hotelowego. Za kontuarem ze sztucznego marmuru siedzi starsza Chinka i trochę młodsza Malajka z chustą na głowie. Wnętrze sprawia wrażenie raczej zadbanego, chociaż na wszelki wypadek proszę o pokazanie pokoju. Cena - 58 ringittów - nie jest specjalnie wygórowana. A pokój - chociaż mały - ma wszystko, co jest nam potrzebne. Jest łazienka, klimatyzacja, a nawet jakiś telewizor. Bierzemy.

Po zapłaceniu rachunku wracamy do pokoju, żeby zmyć z siebie trud podróży. Przy okazji zaczynamy przyglądać się szczegółom. Woda jest, ale jakaś zimna. Ogrzewacz przepływowy nie jest chyba sprawny. Szklanki na stole wyglądają tak, jakby nie były myte od wieków. Brud wżarł się w plastikowe elementy lustra, a na parapecie zdążył już urosnąć stosik zwłok komarów i innych owadów. Prześcieradła wyglądają na czyste, ale nie da się ukryć, że są dziurawe - dawno minęły ich najlepsze czasy, te gorsze zresztą też.

W przewodniku ktoś napisał, że pokoje są czyste. Jeśli tak wyglądają czyste pokoje, to jak muszą wyglądać te brudne? Całe szczęście, że mamy tu spędzić tylko jedną noc. Na przyszłość jednak chyba trzeba będzie bardziej uważać z wyborem noclegu.

Przy okazji oględzin pokoju zwracam uwagę, że standard wtyczek elektrycznych odbiega od stosowanego w Polsce. Zamiast dwóch dziurek i - ewentualnie - bolca uziemnienia są trzy dziurki. Działa to tak, że jeśli bolec uziemnienia znajdujący się na wtyczce nie jest włożony do odpowiedniej dziurki, nie można wsadzić wtyczki do gniazdka. Wygląda na to, że przydałaby się nam jakaś przejściówka. Mamy kilka elektrycznych urządzeń, które będą nam potrzebne.

Zamykamy pokój i idziemy na miasto. Jest po 7 i zaczyna się ściemniać. Nie ma sensu w tym świetle wjeżdżać na wysoką wieżę telekomunikacyjną, która znajduje się niedaleko od naszego hotelu. Szwędamy się tu i tam bez celu. Właściciele niektórych budek z jedzeniem myją woki i inne utensylia kuchenne, szykując się do zamknięcia interesu. W lepszych lokalach, tych zadaszonych, życie wre - siedzą tam dziesiątki ludzi, słychać rozmowy, śmiech. Najpierw trzeba by jednak kupić wodę, bo nasze przywiezione z Polski zapasy wkrótce się wyczerpią. W końcu trafiamy na niedużą chińską aptekę. Przed wejściem stoją regaliki z wodą mineralną po 2 ringitty za półtoralitrową butelkę Kupujemy i idziemy dalej. Po chwili natrafiamy na niewielki supermarket pod namiotem. Z ciekawości kupujemy miejscowe ciasteczka i inne przekąski, które zamierzamy zjeść w hotelu na deser. Oglądamy dział gospodarstwa domowego. Przed powrotem do Polski dobrze by było zaopatrzyć się w niektóre spośród tutejszych wynalazków.

W supermarkecie jest też dział elektryczny. Udaje mi się wytłumaczyć ekspedientce, czego szukam, i już po chwili staję się właścicielem przejściówki umożliwiającej podłączenie polskich wtyczek do tutejszych gniazdek.

Wracamy do hotelu, ale zaczyna nam już dokuczać głód. W końcu minęło trochę czasu od naszego ostatniego posiłku. Jesteśmy już chyba niedaleko od hotelu, w okolicy jest sporo knajpek na wolnym powietrzu. Wiele jest już zamkniętych, w niektórych jednak tłoczą się ludzie. Jedna z nich wygląda na szczególnie rychliwą. Wchodzimy do środka. Wokół stolików porozstawiane są oszklone wózki. Za szybami leżą pojemniki z sosami, szaszłykami, kawałki mięsa, ryb, a nawet jakieś kalmary. Niepewnie chodzimy od jednego wózka do drugiego. W końcu decydujemy się podejść do jakiegoś Hindusa, który wraz z żoną i małoletnim synem stoi za jednym z wózków. O dziwo, człowiek mówi bardzo dobrze po angielsku. Małgosia pokazuje na jeden z sosów i mówi, że chce tylko ryż z sosem. Hidus śmieje się z politowaniem - wyjaśnia, że sosy się miesza ze sobą w celu osiągnięcia odpowiedniego aromatu. Jeden sos z ryby, drugi z soi, a trzeci sam nie wiem z czego.

Oczywiście zgadzamy się na wszystko. Hindus tasaczkiem zaczyna kroić pieczone mięso z kurczaka i każe nam usiąść i zaczekać. Siadamy i spoglądamy na jego kulinarne zabiegi. Po chwili syn właściciela przynosi nam talerze pełne parującego ryżu i mięsa polanego sosem. Zabieramy się do konsumpcji - łyżką i widelcem, bo noża w roli sztućca jednak tu nie znają. Jedzenie jest pyszne - lepsze od tego, które jedliśmy na obiad, ale tak samo horrendalnie ostre. Najwyraźniej papryczki chilli w tym rejonie świata stanowią podstawę większości dań. Kończę konsumpcję i idę do właściciela zapłacić. Ten posiłek zdecydowanie nie był drogi. Znowu zapłaciłem raptem kilka ringittów.

Idziemy do hotelu. Pokój coraz mniej nam się podoba. W środku panuje niemożliwy wręcz hałas, bo nasze okna wychodzą na ruchliwą ulicę. Dokładniejsza analiza ujawnia, że pomiędzy szybami na środku powierzchni okna znajduje się półcentymetrowa dziura. Nic dziwnego, że wycie motocykli wdziera się brutalnie w uszy, a po pokoju krążą roje komarów. Podłączam elektryczny rozpylacz płynu przeciwko komarom, kilka ubijam dłonią, myjemy się i idziemy spać. Gdybyśmy nie byli tak zmęczeni, nie wiem, czy udałoby się nam usnąć w tym piekielnym hałasie.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 Następna strona