Tanah Rata-Kuala Lumpur, 29.01.2004

Po porannej pobudce i oblucji poszliśmy zjeść śniadanie. Jadłospis w pensjonacie Hillview Inn jest wyjątkowo ubogi - ze skromnego menu wybraliśmy dokładnie to samo, co wczoraj. Przy stoliku obok jadło śniadanie małżeństwo, które widzieliśmy poprzedniego dnia na szlaku. Wymieniamy kilka uwag - dowiedzieliśmy się, że zawrócili przy drzewach leżących w poprzek ścieżki. My je obeszliśmy bokiem. Sympatyczni ludzie, mówiący wytworną angielszczyzną. Po chwili podjęli rozmowę z Francuzami siedzącymi przy następnym stoliku. Z rozmowy dowiedzieliśmy się, że mieszkają gdzieś w zachodnim Londynie. Wyszło też na to, że będą jechali tym samym autobusem, co my.

My poszliśmy na dworzec autobusowy pieszo, a oni przyjechali po chwili minibusem. Na dworcu ucięliśmy sobie pogawędkę na temat perspektyw Polski po wejściu do Unii Europejskiej. To zadziwiające, jak bardzo optymistycznie widzą naszą przyszłość Anglicy, może nie wszyscy, ale ci, których spotkaliśmy w Cameron Highlands, przepowiadali nam świetlaną przyszłość. Mówili nam takie rzeczy, jak nasi tak zwani euroentuzjaści. Twierdzili choćby, że wejście do Unii rozwiąże problem bezrobocia w Polsce. Czyżby nie wiedzieli, że kolejne kraje Unii zamykały przed polskimi pracownikami drzwi? Że rynki pracy krajów europejskich będą dla Polaków z nielicznymi wyjątkami niedostępne? Czyżby nie wiedzieli, że Unia wcale nie uratuje polskiego rolnictwa, skoro Polska będzie finansowała francuskich farmerów, nie otrzymując z Brukseli nawet tych zredukowanych mocno kwot, które niby wynegocjowano? W sumie nie bardzo miałem ochotę na dyskusje polityczne na dworcu autobusowym chwilę przed odjazdem. Po prostu powiedziałem im, ile zarabia Małgosia na etacie w pewnym urzędzie państwowym. Pokiwali głowami, kwota jest chyba dla nich tak mała, że wystarczy za wszelkie wyjaśnienia.

Autobus do Kuala Lumpur odjeżdża - jak to jest zwyczajem w Malezji - z piętnastominutowym opóźnieniem. Przynajmniej jest jednak czysty i nie grasują po nim stada karaczanów.

Co prawda wracamy tą samą drogą, którą przyjechaliśmy, i nie jest ona ani o jotę mniej kręta, ale kierowca tym razem nie trąbi bez przerwy. I to mu się chwali, bo poprzednio od tego trąbienia omal nie rozbolała nas głowa.

Tym razem zrobiliśmy krótki przystanek - w pewnym momencie kierowca zatrzymał się przy małym drewnianym baraku, w którym - jak się okazało - mieścił się nieduży sklep spożywczy.Podczas gdy Małgosia udała się do toalety, ja kupiłem na drogę kiść małych bananów.

I gdy tak stałem z bananami przed barakiem, podeszła do mnie jakaś młoda dziewczyna i zaczęła coś mówić o plamach na spodniach. Spojrzałem w dół - jakie plamy? Dopiero po chwili zrozumiałem, że to jedna z tych turystek, które spotkaliśmy wczoraj na wzgórzu. Cóż, jak widać, udało im się jednak zdążyć przed zmrokiem wrócić z gór.

Autobus pojechał dalej - zjechał na nizinę i znaleźliśmy się na autostradzie północ-południe, tej samej, którą jechaliśmy półtorej tygodnia temu, kierując się do Alor Star. Zafrapowało nas to, że niebo było przez cały czas zachmurzone, a chwilami nawet siąpił deszczyk. Gdy byliśmy w Cameron Highlands, wydawało nam się, że załamanie się pogody, które nadeszło, obejmuje tylko górskie obszary, a niziny powitają nas słońcem. Ale tak wcale się nie stało.

Około dwunastej kierowca zjechał z autostrady i znaleźliśmy się na parkingu przy tej samej przydrożnej restauracji, w której stołowaliśmy się po raz pierwszy na malajskiej ziemi w drodze na Langkawi. Niby ten sam lokal, ale my już nie ci sami. Gdy przyszliśmy tu po raz pierwszy, nie wiedzieliśmy za bardzo, jak się zachować. Tym razem zaś szybko nałożyliśmy sobie na talerze solidne porcje tutejszych specjałów. Nawet nie byliśmy zbytnio głodni, ale przypuszczaliśmy, że do wieczora pewnie nie będziemy mieli już gdzie się pożywić.

Było dobrze po drugiej, gdy po ponad pięciogodzinnej podróży wysiedliśmy z autobusu naprzeciwko dworca Puduraya. Okolica wyglądała dość strasznie: na chodnikach kłębiły się tu masy przechodniów, po ulicach sunęły tysiące samochodów, autobus zatrzymał się naprzeciwko stacji benzynowej, a nie na peronie. Na szczęście wiedzieliśmy już, gdzie jest stacja naziemnej kolejki miejskiej, bo na nią właśnie przyjechaliśmy z lotniska pierwszego dnia naszego pobytu.

Dlatego od razu udaliśmy się na dworzec przez wiodącą nad ulicą kładkę dla pieszych, a potem idąc obok kas, doszliśmy do tylnego wyjścia z dworca. I w ten sposób znaleźliśmy się na stacji kolejki Plaza Rakyat.

Już w autobusie doszliśmy do wniosku, że powinniśmy nieco zweryfikować nasze wcześniejsze plany. Pierwotnie mieliśmy zamiar od razu uciec z Kuala Lumpur w jakąś milszą, choć niedaleką okolicę. Ze względu na sąsiedztwo interesującego Parku Natury, myśleliśmy o noclegu w Kuala Selangor. Spodnie Małgosi, wymagające pilnie wyprania, przeważyły jednak szalę i zdecydowaliśmy, że do soboty, czyli do dnia naszego odlotu do Polski, zamieszkamy w Kuala Lumpur, traktując to miasto jako bazę wypadową dla wycieczek do interesujących nas miejsc. Doszliśmy także do wniosku, że zamiast zatrzymywać się w jednym z tanich hotelików w Chinatown, które nie oferują turystom szczególnych udogodnień, natomiast znajdują się w ruchliwej i niezbyt przyjemnej okolicy, spróbujemy znaleźć średniej klasy hotel w dzielnicy Chow Kit, na północ od centrum miasta.

Dlatego też pojechaliśmy kolejką na stację Sultan Ismail. Wyszliśmy na ulicę i stanęliśmy na skrzyżowaniu. Po naszej lewej stronie był hotel Plaza, natomiast z planu miasta wiedziałem, że po prawej znajduje się niewidoczny z tego miejsca hotel Quality. I właśnie do tego drugiego hotelu udaliśmy się, chyba dlatego, że żeby się do niego dostać nie musieliśmy przechodzić przez ulicę.

Po krótkiej chwili doszliśmy do wysokiego budynku, w którym znajdował się hotel. Weszliśmy do holu i sprawił on na nas bardzo przyjemne wrażenie. Był ładny i czysty, udekorowanymi chińskimi napisami, które - jak już wiedzieliśmy - były życzeniami noworocznymi. Po lewej stronie ujrzeliśmy patio z restauracją. Po prawej natomiast za kontuarem stały recepcjonistki.

Podeszliśmy do recepcjonistek i zapytaliśmy o pokoje. Wolne pokoje były dostępne, a cena wynosiła 180 ringittów. Jak na hotel tej klasy, cena wydawała nam się przystępna. Mieliśmy mieszkać niemal w centrum, a widać było na pierwszy rzut oka, że poziom usług oferowanych gościom jest tu wysoki. W porównaniu z np. Warszawą, cena była bardzo umiarkowana. Dlatego zdecydowaliśmy się skorzystać z tej oferty.

Hotel miał jeszcze jedną miłą cechę - wydzielono w nim obszary dla palących i dla niepalących. Dostaliśmy pokój na 10 piętrze przeznaczonym wyłącznie dla niepalących. Wpierw jednak recepcjonistka dała nam kwitki uprawniające do skorzystania z darmowego drinka w hotelowej restauracji i poprosiła, byśmy zaczekali pół godziny, nim wejdziemy na górę, ponieważ pokój musi zostać jeszcze posprzątany. Pół godzinki zleciało nam zatem na piciu drinka w hotelowej restauracji.

Pokój okazał się całkiem spory i elegancki. Wielkie małżeńskie łoże przykryte było ładną narzutą. Mieliśmy do dyspozycji telewizor, lodówkę i przyzwoicie urządzoną łazienkę. Zacząłem przeszukiwać szuflady, starając się odnaleźć informacje o składaniu zamówień na pranie. Najpierw jednak wpadł mi w ręce plik materiałów o hotelu. Okazało się, że na trzecim piętrze znajdował się nawet basen. Wtedy informacja ta wydała mi się nawet istotna, w ciągu następnych dni zwyczajnie zabrakło nam czasu, by z basenu skorzystać.

W jednej z szuflad odkryliśmy to, czego szukaliśmy: worek na pranie oraz kwit służący do wpisania informacji o oddawanych do prania ubraniach, zawierający również cennik. Właściwie były dwa kwity, bo do wyboru mieliśmy dwie opcje: tak zwane pranie na sucho i pranie tradycyjne. Nas urządzała w zupełności ta druga opcja. Pranie spodni kosztowało 5,50, a rzeczy oddane do prania przed godziną 10 rano można było odebrać tego samego dnia wieczorem. Cena na nie wyglądała na specjalnie wygórowaną, jednak wychodząc z hotelu wzięliśmy ze sobą nasze brudne ubrania, by sprawdzić, ile takie pranie kosztuje na mieście. Dopiero jadąc kolejką do centrum, doszliśmy do wniosku, że w sumie całe to działanie jest trochę bezsensowne: wydatek nie nadszarpnąłby naszych funduszy, natomiast usługa hotelowej pralni miała taką zaletę, że z pewnością w tak dobrym hotelu jakość usług musi być odpowiednio wysoka, nie wspominając już o tym, że nie trzeba nigdzie chodzić, bo ktoś przyjdzie zabrać worek z praniem i ktoś później ten worek przyniesie. Dlatego zdecydowaliśmy, że skorzystamy jednak z pralni hotelowej.

Tymczasem zaś kolejka przyjechała na stację Plaza Rakyat obok dobrze nam już znanego dworca autobusowego Puduraya. Wysiedliśmy i przeszliśmy przejściem nad ulicą na drugą stronę ulicy Pudu, od której dworzec wziął swoją nazwę. W programie mieliśmy najpierw zwiedzanie China Town, chińskiej dzielnicy, w której znajdowało się kilka interesujących nas miejsc. Niestety, trafienie do China Town okazało się wcale niełatwe. Nie wiedzieć czemu, miałem poczucie, że dzielnica ta znajduje się akurat z zupełnie innej strony dworca Puduraya, niż znajdowała się w rzeczywistości. I w ten sposób kilka razy przeszliśmy w te i we wte wzdłuż chodnika, przyglądając się wyjątkowo obskurnej okolicy. Nasze szczególne obrzydzenie wywołał zwłaszcza obnażony do pasa Hindus, który leżał bezwładnie tyłem do nas pod skrytym pod arkadami sklepem. Oczywiście widok leżącego na ulicy człowieka nie wywołuje u nas specjalnego obrzydzenia - pijaków i u nas widuje się na kopy, więc można przywyknąć. Gorsze było jednak to, że ów żul miał do połowy tyłka spuszczone spodnie, zatem mieliśmy okazję podziwiać w pełnej krasie jego majtki powleczone tu i ówdzie brązowym mazidłem wiadomego pochodzenia.

Dopiero po chwili błądzenia po ulicy Pudu i wąskich bocznych uliczkach, postanowiłem zerknąć w górę i potraktować jako punkt orientacyjny górującą nad miastem manorę, czyli wysoką wieżę telekomunikacyjną. Pomysł okazał się niegłupi, bo nagle wszystko stało się jasne. Manora, zwana także Kuala Lumpur Tower, góruje nad okolicznymi drapaczami chmur i dzięki temu przy jej pomocy możliwe jest całkiem dokładne określenie swojego położenia. Z mapą Kuala Lumpur pod ręką i widząc manorę, trudno się zgubić.

Wróciliśmy na właściwą stronę ulicę, tj. tą, przy której znajduje się stacja kolejki miejskiej, i ruszyliśmy w głąb chińskiej dzielnicy.

Prawdę powiedziawszy, okolica ta wyglądała dla nas jakoś mało ciekawie. Być może gdybyśmy trafili tu wcześniej, to nagromadzenie chińskich sklepików, rozstawionych na chodniku stolików przy chińskich jadłodajniach, kłębiący się na ulicach tłum i przejeżdżające między pieszymi samochody wydawałyby się nam czymś egzotycznym. Do tej pory widzieliśmy jednak już wiele egzotycznych miejsc i pewnie dlatego chińska dzielnica wydawała nam się bardziej obskurna niż ciekawa. Okazało się, że wybór hotelu był całkiem trafny.

Przeszliśmy pieszo przez całe China Town i w w końcu doszliśmy do chińskiej świątyni Chan See Shu Yuen. Chińskie świątynie z zewnątrz wyglądają zawsze bardzo orientalnie - dach w kształcie pagody, chińskie napisy i chorągwie, smoki rzeźbione w drewnie okrywającym dach - to wszystko sprawia, że człowiek pragnie uwiecznić taką świątynię na fotografii. Chwilę zajęło nam zatem robienie zdjęć, nim w końcu weszliśmy do środka.

Po zwiedzeniu świątyni Perak Tong spodziewaliśmy się zastać w środku posągi Buddy. Nic z tych rzeczy! W środku ujrzeliśmy jakiś niewielki ołtarz, ozdobne tabliczki na ścianach, jednak wszystko to nie było specjalnie okazałe. Na krzesełkach z boku siedzieli starsi Chińczycy i gawędzili sobie. Nie przeszkadzaliśmy im i szybko wyszliśmy na zewnątrz.

Następnym punktem naszego programu zwiedzania była hinduska świątynia Sri Maha-Marlamman Temple. Jest to najstarsza świątynia hinduistyczna w Kuala Lumpur, o ile w tej sprawie nasze przewodniki się nie mylą. Podobno kiedyś nie znajdowała się w obrębie China Town, co wydaje się całkiem zrozumiałe - została tam jednak przeniesiona z powodu prac budowlanych. Trudno nie zauważyć jej z daleka, gdy idzie się ulicą. Podobnie jak inne świątynie hinduistyczne ma ona wielki, utrzymany w niebieskiej tonacji dach, na którym aż roi się od pięknych figurek hinduskich bóstw. Ściślej rzecz biorąc, to, co zobaczyliśmy, nie było dachem świątyni, lecz zadaszeniem nad portalem prowadzącym na dziedziniec, na którym znajduje się właściwy budynek świątyni.

Nim przeszliśmy przez portal, zdjęliśmy buty i zostawiliśmy je na przechowanie w znajdującej się obok wejścia budce, w której siedział młody Hindus. Chodzenie w skarepetkach po marmurowej podłodze nie jest nawet takim złym rozwiązaniem, w szczególności podczas upałów.

Budynek świątyni składał się ze wspartego na kolumnach dachu, ściany boczne były tylko tam, gdzie znajdowały się ołtarze - naprzeciwko bramy wejściowej i częściowo po bokach. Pod dachem, wsparci o ściany i kolumny siedzieli milczący Hindusi.

Weszliśmy pod zadaszenie i podchodziliśmy po kolei do ołtarzy. Ołtarze wyglądały jak małe domki, w których stały nieduże figurki - niektóre były antropomorficzne, inne zaś przedstawiały wykonane z czarnego kamienia postacie bez wyraźnych rysów. Wszystkie były ubrane w bogate szaty.

Wyszliśmy na zewnątrz i zaczęliśmy obchodzić budynek. Okazało się, że w narożach dziedzińca znajdują się mniejsze ołtarze skryte w małych budynkach z bogato zdobionymi i udekorowanymi figurami hinduskich bogów. Na tych ołtarzach także stały odziane w piękne szaty postacie.

Na zewnętrznych ścianach budynków znajdowały się malowidła przedstawiające bogów. Przynajmniej wśród nich mogliśmy znaleźć wyobrażenia, które były nam znane - zobaczyliśmy pięknego Krisznę, takiego jak na obrazkach zdobiących książki, które czasem członkowie kościoła krisznowców sprzedają na polskich ulicach, a także Ganesza z głową słonia. Był tam też wieloręki Wisznu.

W pewnym momencie w świątyni pojawili się bramini. Ich odzienie stanowiły jedynie kawałki białej tkaniny, którymi byli przepasani w pasie i które spływały im aż za kolana. Nie zauważyliśmy, skąd wyszli. Podchodzili do ołtarzy i poprtawiali szaty świętym postaciom. Gdy przechodzili obok wiernych, ci składali ręce i z szacunkiem oddawali im ukłon.

Wyszliśmy ze świątyni i odebraliśmy buty z przechowalni. Hindus w budce oczekiwał - zdaje się - wynagrodzenia za swoje usługi. Daliśmy mu 2 ringitty. Wyglądał na zadowolonego.

Obok, właściwie po drugiej stronie ulicy, przeszliśmy obok chińskiej świątyni Sze Ya. Pooglądaliśmy ją z zewnątrz. Założyliśmy, że w środku nie ma pewnie nic ciekawego, tak jak w świątyni Chan See Shu Yuen, a chcieliśmy obejrzeć przed zmrokiem jak najwięcej. Odstraszyły nas także tłumy żebraków przed wejściem.

Skierowaliśmy się zatem w stronę centralnego placu miasta - Padang Merdeka. Na środku placu na gigantycznych słupie wisiała wielka malezyjska flaga. Flaga Malezji przypomina bardzo flagę Stanów Zjednoczonych, tylko że zamiast gwiazdek znajduje się na niej półksiężyc. Można mniemać, że twórcy tego państwa chcieli wziąć za przykład Stany Zjednoczone. Udało im się to tylko częściowo - co prawda na ulicach pojawiły się bary KFC, ale pozostały także tradycyjne jadłodajnie. I dobrze się stało.

Stanęliśmy obok masztu z flagą i zaczęliśmy podziwiać okolice. A było na co patrzeć - po jednej stronie stały zabudowania pałacu sułtana: zdobione w stylu orientalnym wieżyczki pałacu z różowego piaskowca przyjemnie kontrastowały z położonym z tyłu wieżowcami. Z drugiej strony placu stały niskie nowoczesne budynki, na wprost zaś mieliśmy widok na ładny, choć niewielki kościół anglikański. Nasyciwszy wzrok udaliśmy się w kierunku meczetu państwowego. Nie obejrzeliśmy go od środka - częściowo może ze względu na powagę sacrum, częściowo dlatego, że wiemy przecież, że meczet z zewnątrz jest ładniejszy niż od wewnątrz, a przede wszystkim ze względu na kłopotliwą dla Małgosi konieczność zasłonięcia włosów i ramion.

Naprzeciwko meczetu znaleźliśmy wiodące w dół schody. Było to wejście do podziemnej stacji metra Masjid Jamek. Stąd podjechaliśmy do stacji Dang Wangi, z której - zgodnie z mapą miasta - niedaleko było do manory. Po wyjściu z metra okazało się jednak, że manora co prawda jest niedaleko od stacji metra, ale nie ma, jak do niej dojść. Manora znajduje się bowiem na parkowym wzgórzu, na które nie można wejść od strony ulicy, na której właśnie staliśmy. By dojść do manory musieliśmy okrążyć niemal całe wzgórze. Ruszyliśmy zatem w lewo, aż doszliśmy do ruchliwej ulicy, na środku której na betonowych filarach wznosiły się tory kolejki Monorail - trzeciego po podziemnym metrze i naziemnej szybkiej kolejce miejskiej nowoczesnego środka transportu w Kuala Lumpur. Nazwa kolejki pochodzi stąd, że wagoniki jeżdżą na jednej szynie.

Szliśmy więc wzdłuż torów, aż doszliśmy do kolejnej ulicy. Skręciliśmy w nią, a potem skręciliśmy znowu w jedną z bocznych uliczek, mając nadzieję, że doprowadzi nas ona do podstawy wieży. Na końcu uliczki droga istotnie zaczynała wznosić się w górę, gdy jednak ruszyliśmy w tamtym kierunku, do naszych uszu dotarły niezrozumiałe okrzyki. To jakiś starszy Hindus wychylał się ze stojącej w pobliżu budki i wrzeszczał coś w naszym kierunku. Wyglądał na wielce wzburzonego i cały czas zawzięcie ujadał. Dopiero po pewnym czasie udało mi się zrozumieć jego nad wyraz wątpliwą angielszczyznę. Krzyczał coś w rodzaju: "To jest parking. Czy macie tam samochód?". Gdy - zgodnie z prawdą - odpowiedziałem, że nie mamy, Hindus wrzasnął:: "To po jakiego diabła czorta tam idziecie?". (o ile dobrze oddaję sens jego średnio zrozumiałej wypowiedzi). Pytany od manorę Hindus wskazał nam drogę, ale cały czas przy tym napastliwie ujadał. Nieuprzejmy typek.

Okazało się, że trzeba było pójść wzdłuż jednego z wieżowców. Rzeczywiście po chwili doszliśmy do budki strażnika. Właśnie ruszał sprzed niej mikrobus. Na nasz widok zahamował, drzwi się otworzyły i zobaczyliśmy, że w środku siedzi para młodych białych ludzi. Kierowca zaś poinformował nas, że możemy skorzystać z darmowego podwiezienia do podstawy wieży.

Propozycja ta wydała mi się średnio sensowna, biorąc pod uwagę, że do celu mieliśmy może z 200 metrów. Po tym spacerze wokół wzgórza, który odbyliśmy, wożenie się na taką odległość byłoby dość śmiesznym pomysłem. Samochód więc odjechał, a my ruszyliśmy w górę.

Przed wejściem do manory znajduje się kompleks niskich zabudowań, w których prowadzą działalność punkty handlowe i restauracje. Nie zatrzymaliśmy się przy nich, lecz ruszyliśmy prosto do wejścia. Minęliśmy małą fontannę i weszliśmy po schodach do wejścia na wieżę.

W punkcie obsługi klientów kupiliśmy bilety wstępu - po 15 ringittów od osoby. Razem z biletem dostaliśmy ankietę do wypełnienia. Zawierała ona pytania dotyczące oceny różnych aspektów manory jako przedsięwzięcia komercyjnego. Łatwo obliczyć, że musi być ono dochodowe, skoro czerpie zyski nie tylko z działalności telekomunikacyjnej, ale także ze sprzedaży dość drogich biletów tłumom turystów zwiedzających Kuala Lumpur.

Przy wejściu do wind hotessy kazały nam chwilę czekać. Po kilku minutach razem z kilkoma kolejnymi turystami, którzy przyszli do manory nieco po nas, mogliśmy wejść do środka. Winda doprawdy zasługiwała na miano ekspresowej. W błyskawicznym, zatykającym uszy tempie wylądowaliśmy na platformie widokowej znajdującej się prawie 300 metrów nad ziemią.

Zaraz po wyjściu z windy kolejna hostessa zapytała nas o język, w którym chcemy otrzymywać informacje. Obok niej na stojaku wisiało kilkadziesiąt dyktafornów. Wybieraliśmy angielski - potem dopiero przyszło nam do głowy, że moglibyśmy przecież poprosić o polski - oczywiście tak dla żartu.

Technika zwiedzania wewnątrz manory jest następująca - idzie się platformą widokową dookoła całej wieży. Od czasu do czasu nad oknem znajduje się tabliczka z numerkiem. Wtedy należy wprowadzić ten numerek na klawiaturze dyktafonu i zaakceptować go, a wówczas głos w słuchawkach zaczyna opowiadać o tym, co widać na zewnątrz. Można też wysłuchać różnych pobocznych wątków, ponieważ od czasu do czasu głos w słuchawce oznajmia, że aby dowiedzieć się więcej na dany temat należy wcisnąć i zaakceptować pewną kombinację klawiszy. Oprócz tego nad oknami wiszą zdjęcia krajobrazu widocznego za oknem. Strzałki i napisy na zdjęciach pomagają zidentyfikować obiekty, o których opowiada lektor nagrany na dyktafonie.

Widoki za oknem zapierają dech w piersiach. Co prawda, w powietrzu utrzymuje się zamglenie i żałujemy, że nie trafiliśmy na ładniejszą pogodę, ale widzimy stąd i tak całe Kuala Lumpur z gigantycznymi wieżowcami wznoszącymi się ponad ruchliwymi ulicami. Większość z nich wydaje nam się zresztą z tej perspektywy całkiem mała. Jesteśmy na wysokości, do której sięga stosunkowo niewiele budynków. Tylko wieże Petronas Tower są wyższe manory. Jednak stąd widok na nie wcale nie jest najlepszy - widzimy je pod takim kiątem, że jedna z wież zasłania drugą.

Opowieść lektora także brzmi niezbyt składnie. Co prawda, dowiadujemy się tego i owego o wieży - na przykład , że została stworzona zgodnie z regułami sztuki islamskiej - ale myślę, że o tych pięknych widokach za oknem można by było powiedzieć nieco więcej. Nie ma jednak sensu wybrzydzać, bo manora jest i tak niebywałą atrakcją.

Gdy wyszliśmy na zewnątrz, zaczynała się już robić szarówka. Skierowaliśmy się do stacji kolejki Monorail, którą minęliśmy, idąc do manory.

Kolejką pojechaliśmy do ostatniego przystanku - na stację Titiwangsa, tam bowiem chcieliśmy się przesiąść na kolejkę naziemną należącą do innej firmy. Titiwangsa okazała się dość obrzydliwym blokowiskiem. Jadąc kolejką, mogliśmy podziwiać wielkie bloki, wyglądające jak powiększone znacznie wersje betonowych, ciężkich domów, które za czasów komuny stawiano w polskich wielkich miastach. Ze względu na klimat okna większości mieszkań były na oścież otwarte - wisiały w nich często suszące się ubrania. Całość sprawiała wybitnie nieciekawe wrażenie.

Gdy wyszliśmy na stacji Titiwangsa na ulicę, zobaczyliśmy, że znaleźliśmy się obok targowiska. Na terenie targowiska zobaczyliśmy rząd tanich restauracyjek ulokowanych w niskich baraczkach. Baraki te zaś ginęły gdzieś w głębi ulicy ciągnącej się w poprzek blokowiska. Małgosia miała ochotę na chińskie jedzenie, więc nie bez trudności znaleźliśmy njiedużą chińską knajpkę. Zamówiliśmy tofu z ryżem. Trzeba przyznać, że tofu z ryżem było doskonałe, namoczone w pysznym sosie na bazie sosu sojowego. I kosztowało grosze. Trudno zrozumieć, czemu w polskich sklepach tofu jest tak horrendalnie drogie, jeśli weźmie się pod uwagę, jak łatwo się je wytwarza.

Po tym smacznym posiłku poszliśmy na stację kolejki naziemnej, przechodząc przez dworzec autobusowy - zauważyłem, że odjeżdżają z niego autobusy do Gentling Highlands. Co prawda, nie mieliśmy tym razem tego miejsca w planach wyprawy, ale informacja ta może okazać się przydatna podczas jakiejś kolejnej podróży do Malezji.

Kolejką naziemną wróciliśmy do naszego hotelu. W pokoju wyciągnęliśmy worek na pranie z szuflady i wrzuciliśmy do niego spodnie i koszulę Małgosi. Doszedłem do wniosku, że skoro i tak mamy prać nasze rzeczy, to równie dobrze mogę tam dorzucić także moje spodnie. A wyglądały one naprawdę strasznie - Małgosia miała wątpliwości, czy w ogóle uda się je doprać bez konieczności ręcznego szorowania. Zadzwoniłem do recepcji i dowiedziałem się, że rzeczy do prania są odbierane z pokoi od 7 rano. Tak więc po obejrzeniu kolejnej porcji ekscytujących chińskich seriali poszliśmy na zasłużony odpoczynek po pełnym wrażeń dniu - jutro czekała nas kolejna wycieczka, a jej pierwszym punktem miały być wieże Petronas Tower.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 Następna strona