Ipoh-Tanah Rata, 27.01.2004

Wstaliśmy wcześnie, by jak najszybciej zjeść śniadanie. Śniadanie było wydawane - czy też raczej brało się je, bo obowiązywała zasada szwedzkiego stołu - na tarasie obok recepcji. Jeden z pracowników hotelu przywiózł skądś pojemniki z jedzeniem i zdarł przy nas okrywającą je folię. Śniadanie było całkiem smaczne, chociaż jajka na miękko były zupełnie niedogotowane.

Zaraz po śniadaniu wróciliśmy do pokoju, zabraliśmy nasze plecaki i zostawiliśmy je pod opieką recepcjonistki, tym razem Hinduski, równie orientalnie ubranej jak jej koleżanka, którą spotkaliśmy wczoraj. Zapytałem ją, czy prawdą jest to, co piszą przewodniki, że do świątyni Perak Tong można dojechać autobusem miejskim, bądź autobusem jadącym do Kuala Kangsar. Recepcjonistka powiedziała, że gdyby miała wybrać się na taką wycieczkę, to pewnie by wzięła taksówkę. Wyciągnęła jednak spod kontuaru mapę i po krótkich oględzinach oznajmiła nam, że rzeczywiście autobus do Kuala Kangsar przejeżdża niedaleko od świątyni.

Udaliśmy się zatem na dworzec lokalnych autobusów. Dworzec był niewielki, a na placu przed nim stało całe mnóstwo autobusów. Rozglądaliśmy się trochę niepewnie, aż w końcu zobaczyliśmy zawieszony na odrapanej ścianie rozkład jazdy, z którego wynikało, że nasz autobus powinien odjechać za chwilę. Na wszelki wypadek zapytałem o autobus starszego Chińczyka, który przystaną obok nas. Staruszek potwierdził, że autobus za chwilę przyjedzie. I rzeczywiście, nie musieliśmy długo czekać. Autobus wyglądał całkiem solidnie - w przeciwieństwie do lokalnych autobusów, którymi wcześniej się poruszaliśmy. Okazało się, że stary Chińczyk, którego zaczepiłem na dworcu, jechał w tym samym co my kierunku. Zapytałem go o świątynię Perak Tong, a Chińczyk zaproponował, że pokaże nam, gdzie wysiąść. Przez całą drogę gawędziliśmy sobie - o podróżowaniu po świecie (staruszek mówił, że zwiedził Europę i Amerykę, opowiadał nam o swojej córce, mieszkającej w Stanach Zjednoczonych), o cenach i zarobkach w Polsce i w Malezji. Największe zdumienie Chińczyka wywołała informacja o płacach mojej żony, kilkakrotnie musiałem przekonywać go, że na pewno nie zapomniałem o żadnym zerze. Dziwił się także wielce, dlaczego małżeństwo w naszym wieku nie ma jeszcze dzieci.

W międzyczasie wyjechaliśmy z miasta, wkrótce zaś Chińczyk poprosił kierowcę o zatrzymanie się i wskazał nam świątynię. Trudno zresztą byłoby jej nie zauważyć.

Z drogi było widać po prawej stronie szosy sterczącą wysoko górę. U jej podnóża, opierając się o skały, wznosiły się drewniane kilkupiętrowe budowle o charakterystycznych dachach, kojarzących się nam z pagodami. Przy samym szczycie zaś widać było niewielkie budyneczki lub altanki. Idąc w kierunku świątyni, minęliśmy sztuczne jeziorko, na środku którego stał posąg jakiejś chińskiej bogini, podeszliśmy do świątyni. Do drewnianych budynków widzianych przez nas z drogi prowadziły stopnie, przed wejściem zaś znajdował się taras. Stały tam zatknięte w donicę wielkie kadzidła, z których wolno unosił się dym. Zdaliśmy sobie sprawę, że świątynia znajduje się w rzeczywistości w głębi góry. To zaś, co widzieliśmy z drogi, to zaledwie przybudówka do niej.

Staliśmy tak obok schodów, w pobliżu zaś jakiś człowiek, z wyglądu Hindus, energicznie zamiatał podwórzec. Myśląc chyba, że nie wiemy, czy możemy wejść dalej, zaczął nas zachęcać i zapraszać do środka. Nie tracąc więc czasu, ruszyliśmy na górę po schodach obok donicy z kadzidłami i wkroczyliśmy do środka. Wejście do jaskini było bardzo szerokie i całą przednią komorę zalewał blask słońca. Po prawej stronie dostrzegliśmy stoisko z dewocjonaliami. Najciekawszy był jednak ogromny, dziesięciometrowy posąg Buddy, stojący naprzeciwko nas. Po obu jego stronach w odległości kilku metrów znajdowały się dwa kolejne posągi półnagich mężczyzn o wyraźnie azjatyckich rysach. Nie sprawiali wrażenia duchownych, lecz raczej wojowników. Wyglądali, jakby strzegli spokoju zamyślonego Buddy. Nie wiemy do dzisiaj, czy byli to ludzcy strażnicy boga czy też może raczej chińscy bogowie. Minęliśmy Buddę i obok rozstawionych w przejściu krzesełek wkroczyliśmy do następnej komnaty. Po prawej stronie rozświetlony świecami i elektrycznymi lampami stał posąg wielorękiego boga, inspirowany najwyraźniej sztuką hinduską. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Siwa, lecz po głębszym namyślę musiałem przyznać, że wcale nie jestem tego pewien - przede wszystkim dlatego, że postać przedstawiona na ołtarzu była raczej płci żeńskiej.

Na wprost nas znajdował się następny ołtarz. Tym razem nie mogliśmy już nawet w przybliżeniu zidentyfikować, jakiemu bóstwu był poświęcony. Stało bowiem na nim wiele figurek o wyraźnie chińskich rysach. Byli to zatem chińscy bogowie, nie znamy jednak ich imion.

Na lewo od nas przystanął jakiś człowiek, złożył ręce, modląc się. Nie widzieliśmy na razie, komu oddawał cześć, bowiem postać bóstwa zasłonięta była kolumną. By zobaczyć, co jest za nią, trzeba było minąć ołtarz, przed którym właśnie staliśmy.

Przeszliśmy obok ołtarza, przesuwając się w lewą stronę, i weszliśmy do niewielkiej komnaty, w której znajdował się inny ołtarz z podobiznami kolejnego chińskiego boga. Dalej na lewo zobaczyliśmy kolejny ołtarz, tym razem z siedzącym Buddą, przy bokach którego stali dwaj chińscy mędrcy. Do niego właśnie wznosił modły człowiek, którego wcześniej widzieliśmy.

Jeszcze dalej po lewej stronie były wiodące ku górze schody. Schody znikały wysoko pod sklepieniem jaskini. Sączył się stamtąd nikły blask, świadczący o tym, że gdzieś tam znajduje się wyjście na zewnątrz.

Dobrze widzieliśmy, stojąc obok wejścia na schody, drugą część komnaty, w której znajdował się ołtarz wielorękiego bóstwa. Naprzeciwko nas siedział wielki śmiejący się Budda - ten posąg wykonany został z ceramiki. Pod nim w szklanych gablotkach znajdowały się figurki chińskich bóstw.

Niestety, drogę na schody zagradzała metalowa bramka, a na niej zawieszona była tabliczka. Kilkujęzyczny napis głosił, że wejście na schody jest czynne od 9. Do dziewiątej brakowało dwudziestu minut.

Postanowiliśmy zatem obejrzeć budynki wznoszące się przy wejściu do świątyni.

Wróciliśmy tam i wspięliśmy się po schodach na piętro. Zawartość budynków okazała się dość mało zróżnicowana. W niemal wszystkich pomieszczeniach znajdowały się gabloty z urnami, obok nich zaś ustawiono zdjęcia Chińczyków, przeważnie starszych ludzi. Kilka pomieszczeń było, nie wiedzieć czemu, zamkniętych, ale przez kraty widzieliśmy, że ich zawartość jest dokładnie taka sama, jak pozostałych.

Z tyłu między budynkami a ścianą góry na skalnej półce zobaczyliśmy piec. Woleliśmy nie domyślać się, co w nim się pali. Z ziemi sterczały resztki czerwonych patyczków, które zidentyfikowaliśmy jako wypalone kadzidełka, a przed urnami leżały gdzieniegdzie mandarynki.

Gdy wyszliśmy z budynku, zobaczyliśmy małżeństwo Chińczyków, odpalające małe kadzidełka od wielkich kadzideł stojących przy wejściu do świątyni. Najwyraźniej tutejszy zwyczaj każe w taki sposób czcić bogów i przodków.

Wkroczyliśmy znowu do jaskini i wróciliśmy do schodów, ale wciąż były zamknięte, mimo że minęła dziewiąta. Staliśmy tak z dziesięć minut, ale nikt nie pojawiał się, by otworzyć bramkę. W końcu nieco zirytowany sam ją pociągnąłem - otworzyła się łatwo i bezgłośnie. Cóż, najwyraźniej w tym przypadku obowiązywała samoobsługa.

Ruszyliśmy po schodach na górę. Schody zwężały się, by w końcu doprowadzić nas do wyjścia, które znajdowały się na zalesionym zboczu góry. Stamtąd zaś znowu musieliśmy wspinać się po następnych wiodących ku szczytowi schodach. Schody były porządne, z balustradką i altankami umożliwiającymi odpoczynek.

Weszliśmy na jakiś taras, na którym znajdował się duży budynek. Był zamknięty na głucho, ale przez szybę zobaczyliśmy materiały budowlane, a pomiędzy nimi przedmioty kultu.

Z tarasu mogliśmy pójść albo klatką schodową skrytą za budynkiem, albo kolejnymi schodami wykutymi w zboczu góry. Wybraliśmy klatkę schodową. Idąc nią, doszliśmy niemal na szczyt góry. Stamtąd zaś roztaczał się widok na okolicę.

Z jednej strony widzieliśmy Ipoh i mogliśmy ocenić, że świątynia znajduje się właściwie jeszcze w granicach miasta. Mogliśmy też ocenić, że część Ipoh, którą obejrzeliśmy, to zaledwie niewielki fragment miasta. Z drugiej strony góry panorama nie była specjalnie ładna, chyba że ktoś lubi industrialne klimaty. Ogromna cementowania czy jakaś inna dość obrzydliwa fabryka ciągnęła się na przestrzeni wielu hektarów. Dopiero w odległości kilkunastu kilometrów wznosiły się góry.

Zeszliśmy z powrotem klatką schodową na taras i zaczęliśmy wspinać się schodami wykutymi w skale. Okazało się, że z tej strony po kilkunastu zaledwie metrach schody kończą się przy ołtarzu Ganesza - hinduskiego boga z głową słonia. Na ołtarzu zobaczyliśmy resztki kadzidełek i ofiar - mandarynek i longanów.

Na tym zakończyliśmy zwiedzanie świątyni, zeszliśmy na dół i znalazłszy przystanek, starym rozklekotanym autobusem dojechaliśmy do miasta. Było kilkanaście minut po dziesiątej, dlatego po krótkim namyśle podjęliśmy decyzję, że tym razem darujemy sobie zwiedzanie kolejnej jaskini ze świątynią, znajdującej się - jak wyczytaliśmy w przewodniku - po drugiej stronie miasta. Zależało nam, by jak najszybciej dotrzeć w góry, by zdążyć jeszcze zobaczyć plantację herbaty i inne atrakcje położone w górnej części Cameron Highlands. Zresztą trzeba sobie zostawić coś do zwiedzania na wypadek kolejnego wypadku do Malezji.

Zabraliśmy więc plecaki z hotelu i ruszyliśmy na dworzec, by zdążyć na autobus odjeżdżający o 11. Autobusu jeszcze nie było, o czym poinformował nas ten sam pracownik firmy przewozowej, który poprzedniego dnia wieczorem sprzedał nam bilety. Czyżby wcale nie spał?

Staliśmy tak z dwadzieścia minut, nim w końcu przyjechał autobus - okazało się, że był to kurs przelotowy z wyspy Penang. W środku było sporo wolnych miejsc, więc wybraliśmy sobie dwa z przodu.

W autobusie zobaczyliśmy największe jak dotąd napotkane przez nas w Malezji zbiorowisko bladych twarzy. Wygląda na to, że wszyscy obcokrajowcy, będący w Malezji, mają w programie wizytę w Cameron Highlands.

Inną ciekawostką były roje karaluchów biegające po szybach i po podłodze. Pierwszy raz, mówiąc prawdę, miałem okazję zobaczyć karaluchy w autobusie. Sądząc po walających się po podłodze okruszkach, nie brakowało im pożywienia.

Na szybie obok kierowcy zobaczyliśmy naklejoną na szybie kartkę z wielkim napisem w języku angielskim, który brzmiał mniej więcej tak: "Prosimy Państwa o kupowanie biletów powrotnych zaraz po przyjeździe do Cameron Highlands. Ilość miejsc w autobusach jest ograniczona i niezastosowanie się do powyższej sugestii może skomplikować Państwu podróż". Pewnie niejeden turysta utknął w górach, mając określone plany związane z podróżą, na przykład odlatujący za kilka godzin samolot. Można przypuszczać, że również niejeden spośród nich winę za swoje gapiostwo usiłował zrzucić na Bogu ducha winną firmę przewozową, bo łatwiej jest krytykować innych niż uświadomić sobie swoją niedoskonałość. Taka już jest ludzka natura.

Gdy wszyscy podróżni wyjeżdżający z Ipoh wsiedli do środka, palacze wypalili papierosy, a miejscowy chłopak sprzedający ciasteczka obleciał autobus, ruszyliśmy w drogę. Początkowo jechaliśmy po płaskim terenie, jednak po mniej więcej godzinie znaleźliśmy się na drodze, która wznosiła się cały czas do góry. Była tak wąska, że z trudem mieściły się na niej dwa większe pojazdy. Chwilami nasz kierowca musiał zjechać na bok i cierpliwie czekać, nim wyminie go jadący z górki pojazd. Tuż za krawędzią drogi, bez żadnych barierek czy zabezpieczeń, opadał w dół stok góry. Sama droga zaś wiła się to w jedną, to w drugą stronę, a kierowca naszego autobusu przed każdym zakrętem długo i przeraźliwie trąbił. Niekiedy trąbił też, gdy jechaliśmy po bardziej prostym odcinku, pewnie po to, by pozdrowić zbliżającego się z przeciwnej strony kompana.

Po lewej stronie drogi niemal przez całą podróż wznosiły się na nad nami wysokie góry, po prawej zaś, gdy las robił się nieco rzadszy, między drzewami otwierał się widok na dolinę. Po drugiej stronie doliny znowu piętrzyły się okryte gęstym lasem góry. W krajobrazie bardzo rzadko mogliśmy dostrzec twory ludzkiej ręki.

Podczas tej podróży minęliśmy kilka małych osiedli tutejszych aborygenów, zwanych Orang Asli. Zbite z desek domki na palach wyglądały wyjątkowo prymitywnie. Na zakurzonych podwórkach bawiły się zaś dzieci. Mimo że obok tych małych chałupek niekiedy stały samochody, standard życia tych ludzi sprawiał wrażenie niskiego.

Niekiedy przy drodze obok wiosek mieszkańcy ustawiali stoiska. Drewniane lady zastawione były słoikami z nieokreśloną zawartością. Wydawało mi się, że był to miód.

Minęły dwie godziny, nim dotarliśmy do bardziej ludnych okolic. Najpierw minęliśmy całkiem spore miasteczko Ringlet. Dalej droga wznosiła się przez las, ale na poboczu co chwila widzieliśmy pracujące maszyny budowlane. Jak można się domyślać, intensywnie podejmowane są wysiłki, by można było w Cameron Highlands upchnąć coraz większe rzesze turystów.

I w końcu pojawiły się pierwsze zabudowania Tanah Rata - najbardziej znanego górskiego kurortu Cameron Highlands. Po prawej i po lewej stronie drogi wznosiły się na okalających miasteczko wzgórzach dość przytulnie wyglądające pensjonaty.

Samo centrum nie było już tak ładne, bo szpeciło je kilka dość obskurnych betonowych bloków, w których mieściły się banki, restauracje i - jeśli nasze [przypuszczenia są trafne - mieszkania tutejszych obywateli. Krajobraz jednak był rzeczywiście mógł zachwycić. Miasteczko było niewielkie i otoczone ze wszystkich stron górami.

Gdy dojechaliśmy do niewielkiego dworca autobusowego, okazało się, że tutaj nasz autobus kończy swój bieg. Zmartwiło mnie to nieco, myślałem bowiem, że będziemy mogli zakończyć naszą podróż dalej - w najwyżej położonej w górach miejscowości - Branching. Zgodnie z opisem w przewodniku miasteczko to miało być nieco mniej skomercjalizowane niż Tanah Rata i bliżej stamtąd było do atrakcji, które tego dnia chcieliśmy jeszcze obejrzeć.

Trudno - wylądowaliśmy w Tanah Rata, zbliżała się trzecia po południu, więc trzeba było zająć się poszukiwaniem noclegu. Przed autobusem ustawiła się co prawda gromada naganiaczy, oferujących usługi niedrogich guest-house'ów, jednak postanowiliśmy ich zignorować, wiedzeni przekonaniem, że jeśli coś jest dobre, to pewnie nie wymaga aż tak nachalnej reklamy. Nie wiem, czy pogląd ten odpowiada prawdzie, niemniej jednak kierując się po części przewodnikiem, po części zaś intuicją, zawróciliśmy, po chwili zaś skręciliśmy w lewo w stronę dużego, dość brzydkiego betonowego budynku. Zależało nam na tym, by odejść nieco od dość ruchliwej ulicy i zgiełku miasta. Minąwszy ten budynek natrafiliśmy na opuszczoną budowlę, która wyglądała jak gigantyczny niedokończony dom handlowy. Przerdzewiałe elementy metalowe i okopcone ściany nadawały tej budowli dość przerażający wygląd. Dziwnie kontrastował on z barwnym rysunkiem na tablicy zawieszonej obok ogrodzenia. Trudno było uwierzyć, że ruiny te mogłyby kiedykolwiek jeszcze przekształcić się w umieszczony na rysunku kolorowy apartamentowiec.

Idąc wzdłuż budynku, doszliśmy do nowocześnie wyglądającego apartamentowca. Skręciliśmy znowu w lewo i na wzgórzu wyznaczającym granicę zabudowań ujrzeliśmy dwie wille, w których mieściły się pensjonaty. Reklama dalszej była widoczna z daleka - Jasmine. Bliższa zaś - podobna do tamtej - nazywała się Hillview Inn. Zerknąłem do przewodnika - recenzja była pozytywna.

Przed budynkiem pierwszej willi siedziała para białych turystów, w środku zaś za niewielkim i mało oficjalnym kontuarem przywitała nas niezbyt młoda Hinduska. Na pytanie o pokój na dwie noce odpowiedziała nam, że owszem, że może nam zaoferować pokój za 60 ringittów za noc. Poprosiliśmy o pokazanie. Pokój był na parterze, miał osobne wejście z zewnątrz budynku. Sprawiał wrażenie bardzo małego - właściwie prócz wielkiego łóżka małżeńskiego i stołu, na którym stał nieduży telewizor, nie było w nim nic. Łazienkę trudno byłoby nazwać obszerną - po jednej stronie była umywalka, po drugiej klozet, w środku zaś ze ściany sterczał prysznic. Nie było nawet kotary oddzielającej prysznic od pozostałej części łazienki. W sumie jednak wszystko, co trzeba, było na miejscu, pokój sprawiał wrażenie czystego i nowoczesnego. Zrzuciliśmy zatem plecaki i poszliśmy dopełnić formalności meldunkowych.

Na koniec Hinduska dała nam ulotkę z reklamami wycieczek, w których hotel mógł zapewnić nam udział za mniejszą lub większą opłatą. Nie była to dla nas atrakcyjna oferta, bo plany mieliśmy już skonkretyzowane. Natomiast w holu zobaczyłem kartkę z informacją, że obsługa hotelu pośredniczy w zakupie biletów autobusowych. Taka usługa mogła się nam przydać, chociaż postanowiliśmy, że w wolnej chwili sami skoczymy po bilety na nieodległy dworzec autobusowy.

Teraz jednak musieliśmy szybko dostać się na plantację herbaty Boh Estate, znajdującą się co najmniej kilkanaście kilometrów od Tanah Rata. Chcieliśmy zobaczyć fabrykę, w której wytwarza się herbatę, i na własne oczy obejrzeć pola herbaciane, których zdjęcia w przewodnikach i Internecie wyglądały wyjątkowo urokliwie.

Gdyby nie ograniczone zasoby czasowe, zapewne poszliśmy obejrzeć te atrakcje pieszo, teraz jednak należało się śpieszyć. Wróciliśmy zatem na dworzec autobusowy, obok którego zobaczyliśmy wcześniej postój taksówek. Gdy powiedzieliśmy, że chcemy jechać na plantację Sungai Palas, taksówkarz zaproponował nam cenę 15 ringittów, tłumacząc, że cel naszej podróży jest położony bardzo daleko. Znając ceny taksówek na Langkawi, przystaliśmy na tę propozycję i już po chwili jechaliśmy starym mercedesem górską krętą drogą w kierunku Brinchang. Brinchang okazało się niewielkim miasteczkiem, dość podobnym do Tanah Rata, może nawet nieco ładniejszym. Samochód szybko przemknął jednak przez ulice miasta i jechał ciągle w górę, mijając jakieś farmy. W pewnym momencie zobaczyliśmy obok drogi coś, co zwało się ogrodem kaktusów. Kilka kilometrów za nim znajdował się wielki hotel, który w tym odosobnionym miejscu wyglądał cokolwiek dziwnie. Obok hotelu przy drodze zobaczyliśmy stragany jakiegoś targowiska i reklamy farm truskawek. Farmy truskawek nie zrobiły na nas specjalnego wrażenia, bo znamy je z Polski, natomiast napis na jednym z niskich budynków: "Butterfly Garden" brzmiał zachęcająco. Już wcześniej czytaliśmy w przewodnikach o hodowlach motyli w Cameron Highlands i ciekawi byliśmy, jak takie miejsce wygląda z bliska.

W tym momencie samochód skręcił z głównej drogi gdzieś w bok na bardzo wąską i krętą szosę. Po paru minutach, minąwszy kolejne wzgórze, zobaczyliśmy w końcu plantację herbaty. Mimo że widzieliśmy wcześniej na zdjęciach, jak wyglądają takie plantację, trzeba przyznać, że widok zapierał dech w piersiach. Ciągnące się na ogromnym obszarze obsadzone niskimi ciemnozielonymi, równo przystrzyżonymi krzewami wzgórza sprawiały niesamowite wrażenie. Jadąc tak drogą, podziwialiśmy widoki, mijając niekiedy turystów robiących sobie zdjęcia na tle herbacianych wzgórz.

W końcu samochód przejechał przez bramę, za którą asfalt ustępował żwirowej nawierzchni, a droga zrobiła się jeszcze węższa. Od czasu do czasu to po jednej, to po drugiej stronie znajdowały się wąskie zatoczki, mijanki. Z jednej musieliśmy zresztą skorzystać, bo z naprzeciwka jechał w naszym kierunkiu na niewielkim traktorku z przyczepą hinduski robotnik.

Zjechawszy w dół, w dolinę minęliśmy rząd baraków - niewielką wioskę, w środku której wznosiła się mała hinduistyczna świątynia, co poznaliśmy po bogato zdobionym figurkami bóstw dachu.

Taksówka zaczęła wjeżdżać znowu pod górkę i po paru minutach stanęliśmy na parkingu przed niewielkim budynkiem, przypominającym z wyglądu tartak. Ze środka wydobywały się odgłosy pracujących maszyn. Taksówkarz poradził nam pójść do baraku obok parkingu, powiedział, że co pewien czas wyruszają stamtąd oprowadzane przez przewodnika wycieczki.

Przy okazji muszę wspomnieć, że podczas tej podróży po herbacianych polach uświadomiłem sobie, że od straganików i ogrodu motyli - miejsc, które planowaliśmy dzisiaj obejrzeć - do fabryki herbaty jest ładny kawałek i miejsca te są od siebie oddzielone dystansem wymagającym kilkudziesięciominutowego spaceru. Podejrzewałem zaś, że atrakcje te są czynne może do 17. Dlatego też poprosiłem taksówkarza o zaczekanie na parkingu, a ten skwapliwie się zgodził.

W baraku prowadziła działalność kawiarenka, kręciło się tam też kilku turystów. W sklepiku zaopatrzyliśmy się w kilka paczek herbaty, ciekawi byliśmy bowiem, czy różni się ona od sprzedawanej w Polsce, a ceny trudno byłoby nazwać wygórowanymi. Wybór gatunków był zaś całkiem spory i obejmował prócz herbaty liściastej, także różne odmiany herbaty aromatyzowanej.

Po zakupach zapytaliśmy młodą sprzedawczynię, czy możemy zwiedzić fabrykę. Niestety, dowiedzieliśmy się, że wycieczki są organizowane do 15. Czyli spóźniliśmy się pół godziny. Zawiedzeni wyszliśmy na zewnątrz, gdzie stał nasz taksówkarz. Gdy powiedzieliśmy mu, co się zdarzyło, doradził nam, byśmy sami weszli do środka. Wejścia do fabryczki były dwa - na piętro wchodziło się po drewnianych schodach. Stały tam maszyny, z których wydobywał się ogłuszający hałas. Drzwi po lewej stronie były zamknięte, można było pójść tylko w prawo. Tam zaś oczom naszym ukazały się długie szeregi drewnianych konstrukcji. Obeszliśmy je dookoła. Z tej strony można było otworzyć drzwi do sali, do której nie mogliśmy wejść od strony schodów. W dużym pomieszczeniu zobaczyliśmy rzędy drewnianych rynien, na których suszyły się liście herbaty. Zeszliśmy po schodach na dół i weszliśmy do sal na parterze. Stały tam maszyny, obok których znajdowały się tablice informujące o poszczególnych fazach procesu produkcji herbaty.

Wyszliśmy na zewnątrz. Obeszliśmy budynek fabryki i zrobiliśmy sobie jak inni turyści kilka zdjęć na tle herbacianych wzgórz, po czym wróciliśmy do taksówki i kazaliśmy się wieźć do Butterfly Garden. W drodze powrotej taksówkarz zatrzymał się w miejscu, w którym widok na wzgórza herbaciane był wyjątkowo piękny. Taksówkarze wiedzą, z którego miejsca widoki są najciekawsze.

Po drodze taksówkarz zaproponował nam, że zawiezie nas na Bee Farm - miało być to ciekawe miejsce obok Butterfly Garden. Chętnie się zgodziliśmy. Gdy dotarliśmy zaś na miejsce, zwolniliśmy taksówkarza. Człowiek zażyczył sobie 30 ringittów. Trochę dużo, ale niech mu będzie na zdrowie.

Farma pszczół okazała się miejscem średnio interesującym - na wzgórzach obsadzonych różnymi roślinkami i drzewkami stało kilkadziesiąt małych drewnianych uli - w sumie tak wyglądają pasieki także w Polsce. Jeśli ktoś nie widział pasieki, to jest to dla niego może i atrakcja, ale dla nas nie było to nic nadzwyczajnego. Najciekawsze z tego wszystkiego wydały nam się lody miodowe, które sprzedawano obok wejścia. Co prawda nie mieliśmy ochoty na loda, więc ich nie kupiliśmy, ale sama idea wydała nam się interesująca.

Butterfly Gardern, czyli Ogród Motyli znajdował się rzeczywiście tuż obok. W środku przypominał szklarnię, tyle że z jednej strony zamiast szyb była jakaś siatka. Rosły tam też dość gęsto różne niewysokie rośliny. Nie budynek był jednak ciekawy i nie rośliny, lecz latające wewnątrz ogromne motyle, których jedno skrzydło miało wielkość męskiej dłoni. Motyli były setki, może i tysiące. Niektóre latały w powietrzu dość żwawo. Inne wyraźnie oklapły i dawały nikle oznaki życia. Krótkie jest życie motyla. Te nieco oklapłe można było wziąć na ręce i z bliska poobserwować, a nawet zrobić sobie z nimi zdjęcie. Były tam generalnie dwa gatunki - jedne z aksamitnymi skrzydłami, przypominającymi z wyglądu atłas, skrzydła drugich były zaś jakby ażurowe, z ciemnymi liniami przecinającymi przeźroczystą powierzchnię nośną.

Między roślinami porastającymi wnętrze szklarni stały klatki, ale wydawały się nam puste. Dopiero w ostatnim Małgosia dostrzegła patyczaki. Wystrój klatki i zdolność tych owadów do mimikry powodowały, że ich zauważenie w klatce było nie lada sztuką.

Nieco za szklarnią znajdował się niewielki betonowy budynek z ekspozycją niezwykłych owadów - motyli, ale także wielkich chrząszczy, skorpionów i owadów-liści, trudnych do wytropienia wśród roślin. Teraz dopiero zrozumieliśmy, co mogły zawierać klatki, które widzieliśmy wcześniej. Wróciliśmy do szklarni i rzeczywiście - w klatkach znajdowały się owady-liście. Gdyby nie to, że wiedzieliśmy już czego szukać, nie bylibyśmy w stanie ich zauważyć. Przy okazji odkryliśmy także przykrytą kratą studzienkę, w której harcowały sobie skorpiony.

Gdy już obejrzeliśmy sobie całą ekspozycję, wróciliśmy na drogę i zawróciliśmy w kierunku Brinchang, mijając po drodze stragany z owocami. Ku naszemu zdumieniu, nie były specjalnie atrakcyjne. Nie widzieliśmy na nich żadnych niezwykłych owoców, targ nocny na Langkawi był już znacznie bardziej urozmaicony pod tym względem. Najbardziej zawiedziony byłem brakiem durianów.

Po minięciu kilku straganów zobaczyliśmy kolejny budynek. Była to - jak głosił napis przed wejściem - Butterfly Farm, a więc konkurencja wobec Butterfly Garden, który właśnie obejrzeliśmy. Zwiedzenia jednego dnia dwóch ekspozycji na ten sam temat wydało nam się kiepskim pomysłem, więc nie weszliśmy nawet do środka.

Następna w kolejności była farma truskawek. Widzieliśmy długie szklarnie, zapełnione krzaczkami truskawkowymi. Przed wejściem do szklarń, obok wielkiego hotelu, który minęliśmy, jadąc na plantację herbaty, znajdowało się stoisko z tutejszymi wyrobami. Truskawki jak truskawki, za to ceny były odstręczające, porównywalne z cenami truskawek sprzedawanych niekiedy poza sezonem w polskich bardziej ambitnych sklepach spożywczych.

Obok znajdowały się stragany. I znowu zawód. W przewodniku znalazłem informację, że powyżej Brinchang jest wielki targ owocowo-warzywny. Jeśli autor przewodnika miał na myśli te stragany, to nie było ich ani szczególnie wiele, ani nie oferowały zbyt bogatego asortymentu. Kupiliśmy kilka niepozornych pomarańcz, które - jak słusznie podejrzewaliśmy - okazały się nadzwyczaj soczyste i słodkie, a także dziwne, podłużne czerwonawe owoce. Durianów ani śladu! Za straganami znajdowało się wejście na farmę róż, ale ją też wykreśliliśmy z naszych planów. Może był to efekt zmęczenia, może trochę zniechęcenia po przejściu przez stragany. Na pożegnanie kupiliśmy sobie dość dziwne kulki smażone w tłuszczu. Jedząc ten smakołyk, szliśmy w dół poboczem drogi w stronę Brinchang. Krajobraz wokół drogi wydawał nam się całkiem ciekawy - las wyglądał niemal zwyczajnie, tylko że od czasu do czasu wyłaniały się z niego dziwne paprocie i palmy.

Mijając położoną na wzgórzu farmę, zobaczyliśmy w rowie przy drodze nie znane nam warzywa - zielone gruszkowate owoce o twardej skórce. Wzięliśmy jeden ze sobą, by za pomocą książki o egzotycznych owocach, którą zostawiliśmy w hotelu, postarać się określić, z czym mamy do czynienia. Minęliśmy również ogród kaktusów, ale także jakoś nie chciało nam się zboczyć z drogi. Może dlatego, że minęła już 18 i zaczeliśmy odczuwać głód. Przed wejściem do ogrodu kręcili się ludzie - chyba pracownicy, uznaliśmy więc, że pewnie zamykają właśnie interes.

Gdzieś za ogrodem minęliśmy dwóch siedzących w rowie Hindusów. Sprawiali wrażenie wracających do domu robotników. Jeden z nich zapytał, skąd jesteśmy. Gdy poinformowaliśmy go, że przyjechaliśmy z Polski, pokręcił głową i powiedział, że niewielu spotyka się tu ludzi z Polski. Chociaż może to dowodzić, że jesteśmy mimo wszystko snobami - uznaliśmy, że jest to powód do dumy. Miło było wiedzieć, że tu nie mamy dużych szans na spotkanie rodaków.

Gdy w dole doliny ujrzeliśmy zabudowania Brinchang, najpierw zaczęło kropić, później zaś lunął rzęsisty deszcz. Na szczęście było bardzo ciepło, tak więc deszcz można było potraktować jako miłą ochłodę - po 1,5 tygodnia ostrego słońca nie była to taka najgorsza odmiana. Dotarliśmy przemoknięci do miasta i zaczęliśmy szukać przystanku autobusowego. Na głównym placu była jakaś budka, ale obsiedli ją taksówkarze. Ich samochody stały zaś tuż obok. Gdy przechodziliśmy obok, zaczepiali nas, ale podziękowaliśmy im za propozycję - dość wydatków na taksówki jednego dnia.

Kilkadziesiąt metrów dalej doszliśmy jednak do wniosku, że musieliśmy minąć gdzieś przystanek autobusowy, bo domów jakby z tej strony miasta ubywało. Zapytaliśmy zatem o przystanek dwóch na oko dziesięcio-dwunastoletnich chłopców, którzy szli sobie właśnie w stronę centrum. Chłopcy chętnie pokazali nam przystanek. Okazało się, że jest to właśnie budka okupowana przez taksówkarzy, którzy schronili się w niej chyba z powodu deszczu. Chłopcy również usiedli na przystanku i razem czekaliśmy na autobus. Nagle jeden z taksówkarzy złożył nam propozycję. Powiedział, że możemy razem z chłopcami, którzy też chcą jechać do Tanah Rata, zabrać się taksówką za 1 ringitta od osoby. Chłopcy podobno już się zgodzili. Cóż, my też się zgodziliśmy, bo dość już mieliśmy tego czekania.

W ten sposób za 2 ringitty zjechaliśmy z Brinchang do Tanah Rata, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że pierwszy taksówkarz zdarł z nas okrutnie. Niech mu będzie na zdrowie.

W Tanah Rata poszliśmy najpierw na dworzec, ale okazało się, że kantorek z biletami jest czynny tylko do 18. Cóż, trzeba będzie pamiętać o biletach następnego dnia. Lepiej, by nie okazało się, że nie mamy jak wyjechać z Cameron Highlands.

Szukając jedzenia, obeszliśmy kilka knajpek na głównej ulicy. Wywieszone przed wejściem menu pozwalało zorientować się w jadłospisie i w cenach. Generalnie ceny były wysokie. Widać, że Cameron Highlands gości wielu zagranicznych turystów, odbiło się to niestety na poziomie cen.

Gdy oddaliliśmy się nieco od centrum, przekonaliśmy się, że ceny są tam nawet trochę wyższe. Wróciliśmy zatem znowu na główną ulicę i zdecydowaliśmy się zjeść obiad w restauracji hotelu Orient, chwalonej tu i ówdzie w Internecie.

Jedzenie było dobre, ale gdy otrzymaliśmy rachunek, miałem wrażenie, że jest nieco zawyżony. W karcie dań zaś zaznaczono, że ceny w menu są cenami netto. Niezbyt mi się to wszystko podobało, tak więc zdecydowaliśmy, że jutro zjemy gdzieś indziej.

Po obiedzie wróciliśmy do hotelu. Okazało się, że telewizor ma europejską wtyczkę, a zamiast anteny mamy do dyspozycji tylko drut. Po raz kolejny przejściówka kupiona w Alor Star na początku naszych wojaży okazała się pożyteczna. Kabel zaś został artystycznie owinięty wokół lampy i w ten sposób, kiepsko, ale jednak, mogliśmy pooglądać sobie telewizję.

Siedząc wieczorem w hotelu identyfikowaliśmy nasze znaleziska. Zielone warzywo podniesione z rowu okazało się kolczochem jadalnym, stosowanym w kuchniach Wschodu jako zamiennik ziemniaka, natomiast czerwony owoc musieliśmy przekroić, by uzyskać pewność, że jest to tak zwany pomidor drzewiasty. Małgosi owoc ten nie bardzo smakował, bo nie lubi ani pomidorów, ani czarnych porzeczek, a pod względem smaku pomidor drzewiasty ma coś w sobie i z jednego, i z drugiego. Ja natomiast byłem zadowolony, że więcej zostało dla mnie.

Noc przyniosła nam spore zaskoczenie. Przyzwyczailiśmy się już do malezyjskich upałów, a tym razem było nam w łóżku naprawdę zimno. Pościel w hotelu jak w całej Malezji składała się z prześcieradeł, a w przypadku takich temperatur, jakie niosła ze sobą noc w Cameron Highlands, znacznie właściwsza byłaby chyba jednak gruba polska kołdra.

Przez całą noc mżyło, budząc się z zimna, słyszeliśmy walenie kropel na daszku, który osłaniał nasze okna.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 Następna strona