Qufu - Tai Shan 21.06.2006

Tego dnia mieliśmy pojechać zdobywać świętą górę Tai Shan. Góra ta znajduje się w stosunkowo niedalekiej odległości od Qufu, na przedmieściach dużego miasta Tai'an. Mieliśmy zamiar wstać wcześnie, ale budzik nie zadzwonił, bo złośliwie wyczerpała się bateria, a w konsekwencji wstaliśmy nie o 6, jak planowaliśmy, ale dopiero o 8. Szybko ubraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i rikszą (3 Y) pojechaliśmy na dworze mikrobusów.

Pogoda bardzo się zmieniła. Zamiast upału i palącego słońca, mieliśmy zamglone niebo i deszcz. Nadal było ciepło, ale temperatura wyraźnie spadła.

Nie musieliśmy czekać na autobus - autobus do Tai Shan miał odjazd o 9:17 (bilet kosztował kilkanaście yuanów od osoby). Na miejscu byliśmy o 10:30. Za 10 Y kazaliśmy wieźć się taksówkarzowi do podnóża góry, ale on zamiast zawieźć nas na wejście na szlak, przywiózł nas na dworzec mikrobusów wjeżdżających drogą do połowy zbocza. Na dojście stamtąd do miejsca, w którym chcieliśmy się znaleźć, straciliśmy 0,5 godziny. Gdy zaczęliśmy podejście, była już 12 - potwornie późno.

Panie bileterki porwały nam Prosiaka, trochę się z nim bawiły, jedna z pań karmiła go swoim własnym śniadaniem. Wejście okazało się drogie - 80 Y za osobę. Będąc w Chinach, trzeba przyzwyczaić się do drogich biletów wstępu. Pewnie można by przemknąć na szlak jakoś bokiem, ale to ryzykowne posunięcie, bo punkty kontroli biletów znajdują się również na trasie.

Podejście było okropnie strome, a Prosiak ciążył mi na plecach. Od czasu do czasu łagodny deszczyk zmieniał się w nieco bardziej rzęsiste strugi wody. Dlatego w połowie drogi miałem serdecznie dość i zdecydowałem się zapłacić 45 Y za osobę za kolejkę linową, która zawiozła nas na szczyt. Na górze zwiedziliśmy świątynie konfucjańskie. Widoki z góry w pogodny dzień są podobno wspaniałe, ale dzień nie był pogodny.

Kadzidła płonące przed jedną ze świątyn na szczycie Taishan
Kadzidła płonące przed jedną ze świątyn na szczycie Taishan

Następnie zjechaliśmy kolejką do połowy trasy. W wagoniku spotkaliśmy chińskich studentów, którzy - tak jak inny Chińczycy - podziwiali naszego synka. Byli bardzo zaskoczeni, gdy wyjaśniliśmy się, że u nas większość dzieci rodzi się z niebieskimi oczami i jasnymi oczami, ale później oczy im często zmieniają kolor, a włosy ciemnieją.

W połowie drogi zjedliśmy za jedyne 10Y dwie porcje makaronu - jedna była z kurczakiem, a druga z wołowiną. Właścicielka pensjonatu, w którym znajdowała się restauracja, namawiała nas na nocleg, twierdząc, że o tej porze nie uda nam się już znaleźć autobusu do Qufu. Uznaliśmy to za chwyt reklamowy, ale zasiało to w nas nutkę niepokoju. Za 10 Y od osoby zjechaliśmy mikrobusem do stóp góry, a potem złapaliśmy taksówkę za 10 Y na dworzec autobusowy. Właścicielka pensjonatu miała niestety rację - wygląda na to, że autobusy w Chinach przestają jeździć dość wcześnie wieczorem. Była dopiero 18:15, a dworzec wyglądał jak wymarły.

Za 5 Y kazaliśmy się wieźć na dworzec kolejowy. Pociąg do Yangzhou miał odjechać dopiero o 21:02 (pociąg 1477, 13 Y od osoby), więc mieliśmy jeszcze dużo czasu. Prosiaczek wzbudził na dworcu duże zainteresowanie - dostał od jakiegoś pana parówki sojowe.

W pobliżu dworca znaleźliśmy w podziemiach niezły supermarket. Kupiliśmy tam nowe zaopatrzenie dla Prosiaczka (jakieś zupki) oraz trochę owoców. Prosiak wzbudził ogromne zamieszanie. Wszystkie dziewczyny pracujące w sklepie zbiegły się, by go oglądać.

Po zakupach poszliśmy do poczekalni dworcowej. Niestety, musieliśmy czekać dłużej, niż to wynikało z godziny odjazdy na rozkładzie jazdy, bo pociąg spóźnił się 30 minut.

Bilety tym razem jechaliśmy w wagonie z twardymi siedzeniami, czyli w najniższej klasie. Warunki jazdy okazały się jednak całkiem niezłe, a siedzenia bynajmniej nie takie twarde, jak można by sądzić po ich nazwie. Podróżni w pociągu byli bardzo mili i robili sobie zdjęcia z Prosiaczkiem, do czego już zdążyliśmy przywyknąć.

Dojechaliśmy do Yangzhou około 22:30. Oczywiście nie było sensu liczyć na mikrobus. Jednak przed dworcem kłębił się tłum taksówkarzy. Po targach jeden z nich zgodził się zawieźć nas do Qufu za 40 Y. Taksówkarz okazał się dowcipnym gościem - pogadaliśmy sobie: on do mnie po chińsku, ja do niego po polsku. Zaśpiewaliśmy sobie kilka piosenek.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 Następna strona